TYGODNIK LITERACKI projekty i teksty literackie
Kategorie: Wszystkie | teksty literackie
RSS
sobota, 19 listopada 2016
KOCIE

 

 

Z pierwszym pościgiem

kocię traci niewinność.

Już myszką trąci.

 

 

niedziela, 06 listopada 2016
Orszak

 

 

Orszak przemarszem

w otchłań. Latarnie szaro.

Ktoś cicho szlocha.

 



czwartek, 06 października 2016
ANIELSKO PO SANOKU KRĄŻĄC...

 

 

 

ANIELSKO PO SANOKU KRĄŻĄC...

 

Ja, anioł, wychynąłem zza drzwi campingowej chatki. Poranek zapowiadał się słoneczny, bez mała symfoniczny. Słowiki, także inne ptactwo trudne do identyfikacji, stroiły już w nadsańskich zaroślach muzyczne instrumentarium. Wprawdzie po długo w noc trwających zajęciach plenerowych nie czułem się szczególnie wyspany, lecz mimo to byłem całkiem rześki. Rozpierała mnie energia dobra i radość, zatem nie deliberując dłużej, niż standardową chwilkę, wziąłem prysznic, ogoliłem się, wzułem sandały i odziany w najlżejsze z posiadanych łaszków świeżutki oddaliłem się od Białej Góry. Przechadzce towarzyszyły ceremonialne gesty przyjaźni kierowane wobec srebrzącej się opodal rzeki, nadbrzeżnych drzew i w ogóle całego towarzyszącego mi przymglonego, jak ja niezbyt wyspanego świata.

Z każdym krokiem radość we mnie kwitła, mimo że temperatura powietrza gwałtownie wzrastała, a jego wilgotność też przekraczała akceptowalne normy. Wystąpiły pierwsze poty osobiste, czerwień, jak czułem, na liczku głęboka, zarazem nawiedziła mnie słabość muskulatury nóg skutkująca pląsem nieco bezładnym. Pocieszałem się, że te oznaki zadowolenia z życia lada moment bezpowrotnie przeminą; inaczej być nie może.

Szedłem przed siebie dość długo, pokonując dystans co najmniej dwóch kilometrów. Ścieżynka ma przeistoczyła się w alejkę, rychło w uliczkę snadź cichą jeszcze, lecz całkiem szeroką, w dzień z pewnością licznie uczęszczaną. Cieszyły wzrok schludne fasady domków stojących karnie w szeregu i ogródki zadbane – ukwiecone, grzeczne, z przystrzyżonymi grzywkami trawników. Jeden tylko budynek, do którego zbliżałem się właśnie tanecznym krokiem, wybujałą kubaturą szpecił ustalony rytm. Posiadał charakter niewielkiej kamienicy. Był zaniedbany. Dziury w szarym tynku ukazywały biedę muru złożonego z krzywych, sczerniałych cegieł. Wtem stanąłem. Z perspektywy ulicy dostrzegłem przed ową budowlą osadzoną na koślawym słupie metalową tablicę. Bez trudu odczytałem nieco wyblakły napis:

 

CZYŚCICIEL

 

Filia

 

Tuż dalej widniała druga tablica:

 

PIEKIEŁKO PRZYKŁADNE

 

Drzwi u owego zapowiedzianego czyściciela co prawda wyglądały na zamknięte, wszakże ich główny użytkownik mógł obserwować ulicę, skupiać uwagę na mym chodzie tanecznym, walcu-walczyku solo, godnym artystycznego wykonania na niejednej estradzie, i na gestach przyjaznych. Tak! Mógł już zacierać rączki w gotowości na przyjęcie mnie aktywne. W ramiona.

Zasadzka!

Niewątpliwie to zasadzka!

Kroczek po kroczku cofałem się, na drzwi czyściciela wciąż bacząc. Szedłem rakiem coraz szybciej, chociaż udawałem, że to nie efekt przezorności, doświadczenia życiowego, a jedynie roztargnienie, które przywiodło mnie pod zły adres, ot, nic wielkiego, artystom zdarza się i tak.

Oby do Białej Góry dotrzeć! Do łask Antosiowych powrócić cało! Oby! Na rogu uliczki potknąłem się o krzaczek przytulony do parkanu. Upadłem. Podniósłszy się, biegłem już raźno chodnikiem, stylem żmii wprawdzie zygzakowatej, lecz pozbawionej jadu. Wkrótce jednak przystanąłem zdyszany, iżby tchu zaczerpnąć. Mogłem sobie na ten luksus pozwolić, gdyż nikt w pogoń za mną nie ruszył.

Radość znów zakwitała we mnie. Upał wciąż narastał, chód mój znów nabrał tanecznego charakteru. Ach, jakże stylowym był! Tak szedłem i szedłem, skwiercząc w słońcu pełnym, szedłem i szedłem, i szedłem tak, tak i nie tak, sobie i drodze zamyślony radośnie, nieomal odświętnie, chociaż to poniedziałek już był, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, jakkolwiek może to brzuch był, i szedłem przed siebie, odrobinkę tylko poza kraj chodnika wykraczając, aż jąłem zastanawiać się nad przyczynami radości swej niezbyt na miejscu i czasie, kiepsko zasadną...

Szedłem alejką i ścieżką nadrzeczną, dzieląc radość z otoczeniem, aż dotarłem do mostu przez San. Stało się to nadspodziewanie szybko. Już byłem na drugim, białogórskim brzegu, gdym dojrzał z góry przyglądające mi się Antosiowe lewe oko. Speszyło mnie ono, przyznaję, jakkolwiek radości mej zgasić nie zdołało. Za mostem miast wrócić izdebki w ośrodku mej cudnej, znienacka skręciłem na nadrzecze, umknąłem oku. Z lewej strony miałem ścianę – litą skałę Białej Góry, wczepione w nią pazurkami krzewinki i drzewa, prawdopodobnie olchy – a z prawej rzekę: San szlachetny o stanie wód średnim, z lekka tylko porannie podwyższonym. Z trudem dało się dostrzec kościste koryto; o łożu szczerbatym, grzebieniastym świadczyły jeno rozliczne błyski, ławice fal króciutkich, w tych samych miejscach rozpoczynających i kończących żywot.

Minąłem wejście do skansenu. Minąłem ogródki działkowe długim pasem zalegające, od strony zaś rzeki rozległą plażę miejską: czystą, trawiastą, gdzieniegdzie oferującą gościom głęboki cień drzew rosłych.

Radość.

Krok taneczny.

Tak!

Radość... Ręce w tanecznych pas splecione... O losie!... Żar z nieba...

Pot radośnie spleciony losem z żarem niebios.

„Sosenki”... Tak się zowie tutejszy ośrodek wypoczynkowy. W nim dozorca.

- Zaprawdę, dobrą drogę pan obrał.  Kształtuje byt i określa świadomość. A dziwy przy niej! A czary nad czarami! Oby tylko nie zbaczać nigdzie, nie ulegać podszeptom czarcim, pokusom właściwym męskiemu wiekowi dojrzałemu. Prosto podążać! Prosto! Cały czas ino prosto!

Podążałem prosto.

Po kilkuset metrach zajaśniał budynek masywny i budzący nadzieję na obiecane czary. Paru dżentelmenów na chodniku kurzyło papierosy, rozprawiało o czymś energicznie. Przeszedłem mimo, nie zwracając na siebie uwagi. Zaraz obok było wejście do budynku. Coś mnie podkusiło, iżby na nie zerknąć i przeczytać napis na tabliczce, w efekcie poznać rangę instytucji. Przystanąłem, nie wierząc wyrokom oczu.

 

CZYŚCICIEL NACZELNY

 

Aż mną wstrząsnęło. Nie mogłem kroku jednego dokonać. Stałem bezradnie, chwiejąc się tylko na boki asynchronicznie, albowiem w poprzek przyśpieszonego rytmu serca.

- Zapraszamy do środeczka – posłyszałem miły głos.

Stali za mną owi dżentelmeni przed chwileczką smakujący bakun, jak w południowo-wschodnich rejonach kraju zwany bywa tytoń. Trzech ich było, a czwarty już usłużnie otwierał drzwi przede mną. Wymawiać się brakiem czasu ni skromnością nie miało sensu.

Ledwie znaleźliśmy się w środku, przytruchtał wąsacz słusznej wagi. Otaksował mnie wzrokiem.

- To nie do nas – stwierdził zawiedziony.

- Jak to! – zachlipali pozostali. – Nie do nas on? Nie dla nas?!

- Cóż! – westchnąłem z udawanym żalem. – Wobec tego pójdę sobie.

- Hola, hola! Ejże! Nic straconego! Skoro już pan tu zaszedł, zadał trud sobie i nam, w te oto drzwi prosimy serdecznie.

- Ależ proszę sobie nie czynić fatygi! – grzeczność nie od dziś jest mą cechą immanentną. – Wyjdę, kędym wszedł.

- Co znowu! Żadna fatyga. To nasza powinność i troska o gościa – żachnął się wąsacz. – Bez obaw! U nas niskie progi. Nuże!

Naparli na mnie uprzejmie, acz stanowczo.

Jużem w drzwiach...

 

PIEKŁO REJONOWE

 

Rety!

Rety!!!

Wszelako nie czekałem długo. Poddano mnie obróbce cyfrowej. Sprawność usługi mogłaby zafascynować niejednego gościa, jednakowoż mnie speszyła tylko. Nadto zrobiło mi się zimno, widocznie klimatyzacja działała sprawnie.

- Zero-zero... – mruknął zawiedziony reprezentant rejonu.

- Chód nas zmylił jegomościa – wyszeptali zmieszani konwojenci.

Wnet skurczyły się różki przy czapce reprezentanta. Patrzył na mnie z wyrzutem, rejonową warząchwią uderzając o służbowe kopytko.

- Cóż, przykro! Ale dziękuję za okazane serce. Zapewne jeszcze się spotkamy, bowiem mile wspominać będę gościnę w waszej instytucji; szczerze gadam! – podążyłem ku wolności.

Zaistniały niejakie problemy z otwarciem drzwi wyjściowych.

- Zardzewiały! Ech, i zamek się zaciął! Pan wybaczy... to dlatego że korzystamy z nich rzadko. Prawdę powiedziawszy, za mej kadencji to pierwszy taki przypadek – sumitował się gospodarz. – Łatwo do nas gościowi trafić, zwłaszcza przez „Sosenki”, znacznie trudniej wyjść.

Jednak udało się wspólnym wysiłkiem wrota oporne wyważyć. Wyszedłem z przybytku bez lęku, żegnany chrzęstem wstawianych we framugę drzwi i westchnieniami zawodu, którego stałem się mimowolną przyczyną. Minąłem drzwi do Czyściciela Naczelnego. Czas nastał wracać, wszak Antosia zapewne już nerwy skrajne na mnie brały.

 

Oto cały ja: wbrew rozsądkowi urozmaiciłem sobie drogę. Miast przez „Sosenki” wracać, chcąc obejść ogródki od strony skansenu, wybrałem okrężną ścieżkę przez płotek i dalej, wpierw zakosami przez bagienko, potem wskroś łąki nieużywanej.

Chwastowisko.

Chaszcze.

Dziwy.

Cuda obiecane.

Czary nad czarami.

Chmara gzów, które mnie obsiadły z rozkoszą. Podlatywały do mnie lotem tanecznie koszącym: walc-walczyk, walczyk-walc...

 

O nieba! O spiekoto!

Gdym się ocknął, poranek zapowiadał się zgoła słoneczny, bez mała symfoniczny. Słowiki, także inne ptactwo trudne do identyfikacji, stroiły już w nadsańskich zaroślach muzyczne instrumentarium. Tylko bąble po ukąszeniach bzów, guzy nabyte podczas próbnego skoku przez płotek i brak prawego sandała świadczyły o odbytej przechadzce i mej woli przetrwania.

 

Trudna rada! Jużem radosny. Wybieram się na przechadzkę odzyskać obuwie. Kroki taneczne skieruję od razu w stronę Piekła Rejonowego.

 

Ech, losie, losie! Nigdzie nie polazłem. Antoś mnie przypilnował. Gwoli prawdy muszę jednak przyznać, że nazajutrz debatował długo przez telefon z licznymi rozmówcami, a potem znikł. Gdy po dwóch godzinach się zjawił, sapiąc ciężko, w dłoni dzierżył sandał. Mój sandał lewy jak oko jego otoczone obszernym fałdem ciemnosinej skóry, snadź śliwką podbite. Lewy jak oko jego jeszcze wczoraj czujne, którym zwykł rejestrować krok po kroku taneczne szlaki anioła.

 

 

 

 

poniedziałek, 03 października 2016
To tylko tak...

 

***

Duszko bez ciała

wskutek wieków mordęgi,

hop do trumienki!

 

niedziela, 25 września 2016
TOAST ZA ZDROWIE BIEDNEJ ULICY

 

 

TOAST ZA ZDROWIE BIEDNEJ ULICY

 

Spirytualny seans... wizjoner

uśmiech śle czuły – takiej ze świecą szukać!

wiek cały w miejscu! tutaj! szczęście dla zmysłów i duszy!

– w ulicę ćwiek wzrokiem zabija; bezsens hipnotyzuje

 

Ścieżka pożal się Boże!

trotuar nie do przebrnięcia błoto przedsionek piekła

tfu na psa urok! koszmar! za godne przyjęcie ekskrement spękanej

pseudopłycie odwdzięcza się miłosierdziem swego rodzaju oddaniem

Na przekór wróblom beztroski pod rękę mieszka smęt z lękiem

niebo pustostan zamknięty na cztery wysokie spusty

otwarty oczodół lampy słup latarniany straszydło

hardo pion trzyma z garbem pozorem na straży stoi

żeby prawa do stryczka nikomu nie wzbronić

Nawierzchnia: połogie progi wyboje żwir rozjeżdżony potrzebą

zlepieniec złóż lepszej epoki dziś pokruszonym grzesznikiem

beton urągowisko! z nazwy tylko z historii!

kto żyw i zechce szoruje najgorszym słowem po nim

Lichota buta obcasów agresja pieszych loteria

hieroglif żelazem zgubionej tu transcendentnej podkowy

tatuaż blaknie ze strachu że go rozdepcze przypadek

szkoda! idea wzbudzona znakiem nie sięga dalej

po chodnik

Szept akwizytora pokusą gratis czyjś atak delirium

na oku dowód klątwą akt zdrady pożywką Argusa

triumfalne wrzaski rechoty zgrai andrusów wandali

ich burdy i chryje przekleństwa bynajmniej nie wyjątkami

Jakkolwiek czas chwilą bieżącą

to też zasiedziałym belfrem opoką twierdzą stoicką

jedynej słusznej postawy w eremitorium ulicy

jej wierne a mocne afekty pod fibrą skrywane emocje wciąż tkwią

przy nadziei... drętwe

Ulica ma gest i serce: oznaczyć deską ze wstążką

którąś głęboką dziurę wstawić gdzieś jakiś krawężnik

a w mig po brzegi wypełni rynsztok świadectwem wdzięczności

z prośbą by dostrzec styl siostrzyc maestrię śródmiejskich arterii

 

Głuchą-ślepą ulicę ocalić ma brak funduszy

z planu pięcioletniego zdjęcie na wniosek burmistrza

priorytetowych przedsięwzięć już zatwierdzonych przez ratusz

a co na to kat hipnotyzer? cierpliwie przeczeka biedę ów bazyliszek czuły

 

 


wtorek, 20 września 2016
Z ZADZIWIEŃ

 

 

Język... mistyka...

niezwykłym fakt, że świat jest

– Ludwig Wittgenstein.

 

 

* *

Apofatyzm – kod

tajemnicy istnienia.

Jaspers... Wittgenstein...

 

 


niedziela, 11 września 2016
MOTYL

 

 

MOTYL

 

    Po przyjeździe w Tatry, a nawet wcześniej, gdy mijam Grójec bądź Górę Kalwarię, nachodzi mnie zawsze ten sam powitalny.

    Oto stoję, panisko, z plecakiem pod północnymi  zerwami Kominiarskiego Wierchu. Pogoda zacna, śladu obłoku. Zbieram w sobie energię na tyle dobrą, żeby wejść w usypujące się piarżki, zwietrzałą skałę, jak w oczy wpływa motyl, przez chwilę aksamitne czarne skrzydełka trzepoczą w miejscu, krygując się, po czym rozpoczynają lot w stronę mej głowy. Czuję, jak owad siada miękko na włosach, zapuszcza się w nie, przepada…

    Czarny motyl Pontifex montanus niger, wiadoma rzecz, w górach jest heroldem wyroków Tyche, zwiastunem śmierci, wnet jej notariuszem – piękne opowiadanie poświęcił mu znakomity taternik Jan Długosz (1929-1962), który zginął 2 lipca, spadając z grani Zadniego Kościelca (ponoć rankiem ów owad towarzyszył wspinaczowi w drodze z Betlejemki nad Czarny Staw). Waham się tedy, co czynić, wstrząsają mną dreszcze obaw przed wspinaczką, nie wiedzieć skąd chmura nachodzi na górę, kropić zaczyna smutek. Resztę snu spędzam, niżąc owe krople na nić trochę moją, a trochę czarną.

 

    Jest tradycją, iż dotarłszy do gór, pierwszą dzienną wycieczkę odbywam w głąb Doliny Strążyskiej, niekiedy od Białego poprzez Sarnią Skałę. Tym razem szedłem bezpośrednio z Kasprusiów.

    Na Strążyskiej Polanie, jak to w letnią sobotę, zatrzęsienie spacerowiczów. Przysiadłem na brzeżku ławy, gdyż wypada przysiąść gdziekolwiek i udać cepra, któremu należy się wytchnienie. Pogoda była mierna, co martwiło obecnych; z troską oglądali swe chińskie klapki i miejskie sandały, dopiero co kupione niewygodne pepegi. Jednakowoż jakby na wysłuchanie modłów zza chmur wyjrzało słońce i jęło prażyć na potęgę. W górach takie sierpniowe promienie potrafią w mig uraczyć raczą barwą, przeto dobyłem z plecaka biały płócienny kapelusik. Jaki się zakłada na głowę dwuletniej panience, tylko odrobinę większy.

    Siedziałem, piłem wodę, kontemplowałem klapki i sandały, studiowałem z zapałem znaną na pamięć mapę, licząc na zainteresowanie osób, którym mógłbym opowiedzieć historię Doliny, będącą składową mej własnej historii.

    Aliści czas było udać się w drogę powrotną. Chrząknąłem stylowo. Starannie złożyłem mapę. Znów chrząknąłem, a wtedy chmura naszła na słońce, wtedy zdjąłem zbędne już nakrycie głowy, wtedy zgromadzeni wokół stołu zamilkli. Po chwili rozległy się jęki zachwytu, piski aplauzu, klangor podziwu – spod kapelusika mego białego wychynął, wyfrunął motyl. Biały, najbielszy z białych motyl. Nie jakiś banalny kapustnik, lecz kapłan motyli w białym ornacie. Pontifex montanus albus. Rychło uleciał w czerń chaszczy pamiętających niejeden sen i o nim opowieść. Rozpadało się.

 

 

 



niedziela, 04 września 2016
OŻCE

 

 

Speleolożce

żagiew zgasła znienacka.

Dobrze dla gacka.

 

 


poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Z apetytem

 

 

Sądny dzień w raju.

Seksu głodny ogrodnik

ssał pąk jabłonki.

 

 


poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Pozdrowienia z altanki

 

 

 

W altance pilzner

obłaskawiany mile.

Lipca przywilej.

 

 


piątek, 22 lipca 2016
MOGŁO BYĆ INACZEJ

 


MOGŁO BYĆ INACZEJ

       W dzień

  opisuję tę naszą historię

niby świetlny labirynt. Pragnąc

 zdjąć z niego piętno przyćmienia,

   pomrokę, napotykam problem

 trudny a realny – mury, rzecz prosta,

postawione w poprzek, zapora

        przy zaporze i liszaje wspomnień. Złe

          cienie... krąg cieni. Za każdym razem

 przejść szukam,

    chociażby przełazu,

  którego nie ma przecież, nie ma

  między nami, jakby go nigdy

           być w ogóle nie miało.

             Przeszkody te biorą

             w skoku niczym konie tęcze

              wyobrażeń, gdyż tylko im wolno,

      z nimi jest inaczej.

         Nocą unikam skojarzeń ze światłem.

               Wszelakich.

Przyszłość planuję jako rwącą rzekę,

więc szeptem raz po raz pobudzam jej fale

nazbyt wąskie i krótkie, wręcz zamierające.

Chcę most skonstruować, by klamrą wygodną

 a trwałą połączyć warunki u brzegów,

krańce zdarzeń spadziste, otchłanne,

lecz krążą już straże uważne w pobliżu.

 Wokół skrzydeł patrzę i nie mogę znaleźć.

   Aż do świtu wskroś mnie mkną komety

        rozmarzeń, że mogło być wszakże, mogło być

        inaczej.

 

 

 

 

czwartek, 07 lipca 2016
DROGA NA ŁOMŻĘ PRZEZ OSTROŁĘKĘ

 

 

 

DROGA NA ŁOMŻĘ PRZEZ OSTROŁĘKĘ

 

Jak z werwą, a mądrze od kropki po kropce dotrzeć do kropki?

Nie grzech to obnosić się z takim problemem?

Znów kawa i piwo papieros brak formy

brak chęci brak ciągu brak środków na tytuł

z uśmiechem brak ścierwa agresji pomysłu na treści

brak pieprzu na finał brak sensu chaosu

na trudy początku. Ból w płucach i nerwy

znów skrętem pod piwo haust kawy epilog

remedia dla duszy zbawienie higiena

stek bredni absurdów nijakość symetrii

i lukier wyrazu pozorny futuryzm

wierutne skrupuły strasznego mieszczucha.

Drętwym umysłem uwiędłym konceptem na Rzym ruszyć pora

na Paryż lub Wiedeń

lub może na Łomżę przez Ostrołękę

wzrokiem łapczywie sięgając po New York – z wieczorem pod rękę.

 

Krzyż na krzyż przy drodze noga kroki myli

galimatias myśli plątanina nitek

sioło po siole światłem wyczerpane

zakręt znów zakręt lis koty kot zakręt

anioł stęka dobranoc diabeł szepce noc szpetna a dobry dzień dobry

wiadomo co nagle to po nich na asfalt rzut saren

i dalej na łąkę pod lasem pst! lament nielament pod nosem

poeta lokalny tam jambem porasta trochejem dach z chatą

związany refrenem na amen w modlitwie

na wszechwieki wieków: „wio mówię wio echo wio siwek”.

 

Chłop rządzi konfurką trochę potwór wąsaty szedziwy ćmi faję

i chrypi: wio siwy na amen! Koń ciągnie kopyta dół góra na zmianę

smak owsa pamięta wspomina pożąda niewąskiej pół miarki co

w żłobie – rży – wietrzność dziś marna – drży w tyle wór ziaren

strwożonych więzionych na żarna.

– Dziękuję. Bóg zapłać!

– Drogi bezpiecznej daj Boże szczęść Boże! Wio! wiśta wio siwy! do

stajni!

 

W dal pieszo. Ach! Znikąd się dzikus przyplątał! Pies świeży trop

wącha rzeczowo prozaik poeta nim kieł kły powbija w swój los

psi porządek – niebogę mą nogę przy kostce. Krzyk

darmo: prosić bogów Parnasu ratunku gdy abdykowali dość dawno

w katakumbach się bożą? Im trzeba na pomoc!

Czas mija. Pies sobie nic robi ogonem i potem dopiero za czasem

minionym znudzony umyka w swą dobroć; poigrać chce z kotkiem.

Pustota opłotki mgła ciemna – aktorka zarazem reżyser nastroju:

– las w wersów harmonię złożony losowo

– bezbronne bezzębne pól frazy i miedze – nietoperz z defektem

– wron hiperbole ciche. Tu piękno! Przelot miotły złą stroną

na czarno słabostką usterką pasażer w sutannie

wiatr pusty mu gmera. Spod oka ramienia strach szura

w rów chichot zającem w kapustę po prawej.

 

Dać temu wiarę?

    Za śmieszkiem szarakiem w zagonie warzywa już Ostrołęka

przed Łomżą się skrywa:

pierwszą uliczną latarnią śni miasto z przekorą rzekomy brak fabuł

rozpyla tematy po księżyc nad Narwią świetlista oferta towaru

wciąż żywa na jutro mej sławy jest prima wprost ekstra!

Wtem błysk! Flesz! Pamiątka! Opis trzech kropek z wyprawy po laur.

 

 


 

środa, 22 czerwca 2016
Powrotny

 

  Ot, podróż wielka...

Już swe w życiu zgryzł siekacz;

żegna go szczęka.

 


niedziela, 12 czerwca 2016
drążąc w kurzu

Może wrócę. Muszę się przemóc.

Pozdrawiam wszystkich jak najserdeczniej:)

 

wprzódy kurz dąży

dróżkę żuk drąży nóżką

dużo podróży

czwartek, 19 maja 2016
ULEWA

 

 

ULEWA

 

Chmurka, posłanka rozłąki,

pomiędzy łąki ich dwojga

wsiała pamiątkę

i sekret:

łezkę zaklętą w kamyk,

kamyk zaklęty w łezkę.

 

 


piątek, 06 maja 2016
Apetyt na troskę

    

 

     Z troski o zdrowie

        trzeba dużo i dobrze.

      Męstwo żarłoków.



niedziela, 24 kwietnia 2016
POST SCRIPTUM

 

 

POST SCRIPTUM – GRA W SKOJARZENIA

 

Sztuka życia i życie sztuki...

 

Chleb człowiekowi,

ptakowi skrzydła, rybie zaś woda.

 

Artyście sztuka,

jako że życiem, a nie twórczością.

Ów termin – sztukę – czarodziej demiurg

traktuje na ogół dość rutynowo,

indyferentnie,  bez głębszych wzruszeń

wymownym ruchem obydwu ramion

(chyba że bufon).

Jej rolę w żywocie twórcy atoli,

z celebrą mlaszcząc, dostrzega tkwiący

poza potencją, imperatywem kreacji krytyk;

acz nie jest w stanie zrozumieć maestra,

wejrzeć mu w trzewia, duszę i umysł,

w rację najgłębszą, potrzebę tworzenia

– ani gdy skrada się na paluszkach,

ani w baletkach, podkutych butach,

choćby używał mądrych określeń

i szufladkował, mamił ogładą,

choćby na wynos miał nos w obłokach,

nosił się wsobny jak, nie przymierzając,

w pracowni malarz, w „Weselu” poeta.

 

Artysta swe życie pisze dziełami

w autobiografii uczciwej do cna.

Sztuka nie stoi

pochlebstwem zgrabnym, dezaprobatą;

to twórcy – kreacjonisty i obserwatora –

sacrum, też bastion.

Dar człowiekowi.

 

 


czwartek, 14 kwietnia 2016
W oglądzie

 

Sąg belek w oku

 łzą pekluje, źdźbłem kole.

Ślepiec w speculum.

 

czwartek, 31 marca 2016
ŚPIEWNIE

 

 

ŚPIEWNIE

 

Dom biedaparter.

Na strzępach papy reszta komina,

próg wita jękiem, skargą zawiasy,

muchom dokucza obrzęk bzykadeł,

pająk u stropu gorzką nić przędzie,

rozpacz bez czucia trzeszczy w potrzebie

– oj, co tu było! och, co to będzie!

 

Skrzekiem dopadła go rzeczywistość.

Strach jął w nim wrzeszczeć:

oblepił ziemię, zaciążył niebu.

Poruszył górę i rzeki spełnił,

a nadaremnie – słowik w dolinie

piał nieprzerwanie arię na szczęście,

wędkarz rowerem poświadczył ścieżkę,

gruszki na wierzbie wciąż powszedniały,

słał śmieszki księżyc.

 

 

niedziela, 20 marca 2016
O LOSIE GÓRSKIEGO TURYSTY

 

 

Podróżne łóżko

piętrowe nuży. Trud prób

w pociągu do gór.

 

 


poniedziałek, 29 lutego 2016
O WOLNOŚCI Z NIEWOLĄ

 

 

O WOLNOŚCI Z NIEWOLĄ

„Chcę, bo muszę. Muszę, bo chcę.” 
„Sztuka w pełni rozkwita pod strażą wolności,
wolność rozkwita w pełni pod okiem rozumu.”
 (z pokładu maszynowni niemocy własnej)

   ...Wolność od
   i
   wolność do
   (Hobbes i Hegel przy jednym zasiedli kaganku)
   stygmatyzują artystów.
   Istota potęgi i magii sztuki... wszystko z nią można (drobnym wyjątkiem
   porządek tego, co ma zaistnieć w czasoprzestrzeni utworu;
   musi być przemyślany. Nawet jeżeli z rozwojem akcji spektrum detali
   staje się szersze, odsłania myśli, uwodzi bogactwem, ornamentyką,
   to ich zapachy, barwy, melodie powinny wrastać w rzecz organicznie
   – tak prawda każe i piękno powstaje; tak tworzą się czary).

Wolność artysty... Potrzeby utworu...
W duszy poety drzemią, rajcują, walczą pokusy,
żeby oszczędnie, żeby bogato, i by dosłownie, tylko sugestią,
i nieskończenie, i aż do końca.
Ogólne zderzenie tychże przeciwieństw wyraża konflikt swobody
z dyktatem, które to zwarcie jest na Parnasie widziane dualnie,
bo jako walka ducha z umysłem i jak zmagania twórcy z materią
dzieła (zmowę Zeusa Eluetheriousa z Erosem przeciwko Atenie
z Ananke śledzi rozjemca sporów o piękno Apollon).
Zwłaszcza w porywach nad chmury poezja winna przedstawiać
tę konfrontację w diapazonie pełnym, najwyższej potencji,
jakkolwiek jedynie Hypnos z Tanatosem dają artystom wolność
absolutną, pierwszy chwilowo, bywa, że gorzką, a drugi wieczną).

Brak walki realnej, kiedy wiktorii żaden z podmiotów odnieść
nie może... ale w poezji ta ewentualność nie występuje,
wszak nie-koniecznością konieczność uległa;
niewolnicą zaś wolność raz zwyciężona.
To niemożliwe też artystycznie bez wprowadzenia
ostrej dysharmonii i dysfunkcji dzieła, bez samozagłady
– albo narodzin tworu bełkotu, albo zmierzchu poety w bezwoli.

Koncepcja, że wolność uległaby presji, budzi odrazę, ale zarazem
nie można pragnąć, by autarkia zdominowała konieczność,
co twórcę postawi wobec perspektyw skrajnego bezprawia.
Oba pierwiastki, nieskrępowanie i obowiązek, powinny z walki
pod każdym względem wychodzić całe i równe sobie.
Boskim przejawem sztuki jest wolność o tej samej sile, co nakaz
– uniezależnia się indyferencja, spójnia absolutu, która jak
wszystko skończone, wszystko nieskończone tkwi w tożsamości.

Autonomia oraz imperatyw są skrajnym znakiem u podstaw sztuki
leżących przeciwieństw – najwyższym przejawem ich ten,
w którym, nie dławiąc wolności, zwycięża konieczność, i vice versa.
W autentycznym akcie tworzenia oba czynniki muszą mu sprzyjać
zgodnie. Żal, że jako pojęcia ogólne występują w formie symboli.

 

 

czwartek, 18 lutego 2016
RYTUAŁ



RYTUAŁ

Wczoraj, to było za pięć dwunasta,
do mojej furtki podszedł obdartus.
Włóczęga chrzęścił zdartym obcasem,
smykałką kroku skrzyp, chrup o piasek
pchał wózek z trudem, wbrew quasikółkom.
Oczy – meduzy. Nos – kartoflisko.
Marznący w kurtce garb trudowieku,
zmięty kapiszon; czerń-granat wszystko.
Zaraz na wstępie spytał o zdrówko,
czar starych godzin, bo wiesz, mój drogi,
wspomnienia noszę, udane mnożę,
a złe podmieniam! Ostrzę obrazy
nożem pamięci szybko i dobrze!
– ktoś niby we mnie śpiewem suflował.



poniedziałek, 01 lutego 2016
WSPOMNIENIE ŁĄKI

 

 

WSPOMNIENIE ŁĄKI



Spłoniony
rumieńcem po łące się
toczę powolnym dość cieniem
by oddać nareszcie klucz ptakom
przestrzeni z poręczeń słonecznych
mnie obręcz gasnącą chce księżyc
wziąć w oczy na świetną
wieczerzę sen
mroczny

 

 


 

środa, 20 stycznia 2016
DWA METRY NAD JAWĄ

 

DWA METRY NAD JAWĄ

Szukaj mnie! Goń!
Łap i zapamiętaj
piękno!

Resztką sił taszcząc wór, a w nim urok fraz,
sekret wiersza, co powstał tej nocy deszczowej,
w błocie wertepów pobrzasku
wśród gwiazd
ugrzązł kurier snu (choć może
drobny złodziej
to był, może handlarz agent
lub partacz dla żartu, orzeł młodzieniaszek).
Skonany wnet usnął na dobre.

Przykładem prawdy popadłej w przesadę
na polu fantazji, zaszalawszy
z kłamstwem,
też owa historia utraciła rozpęd
– wór nagle się zsunął i zawisł jak zawsze
w tym punkcie nadziei,
gdzie kiedyś wczepiony do bungee
pajączek poeta
snuł co dzień plan sieci,
w jaką wpadnie wszechświat.

 

sobota, 09 stycznia 2016
SFORA NIEBIESKA TAK SOBIE

 

 

      SFORA NIEBIESKA

        Pod wielką kopułą niebios
       dynda łagodną ułudą
    piekło...
  w nim na uwięzi Słońce
 – lekko nabrzmiały dzisiaj pęcherzyk czasoprzestrzeni
 łyska jak biały grzejnik;
 zafrasowany Merkury w poszukiwaniu zysku mimo niego
  przebiega; obok z dobrej aury korzysta gorąca Wenus,
    ponętna (gdy nieco podejść, czar jej negliżu pryska),
     w objęciach Marsa dumnego przy Ziemi nieswojej teraz,
     lecz znanej z mocnych reakcji na obce flirty, romanse
   (afirmowanej przez Księżyc, komety lampionami
 świecące poetom nocy, tęsknych serc nibygwiazdy,
oraz przez wiernych giermków, centurie meteorów);
obskurant Uran durny (gotów zawsze do zwady,
 z wszystkimi chodzić na udry), który półbrata Saturna
   akurat struł starym strudlem z wytwórni Kanikuły
      i skradł niezdrowemu sygnet, pierścień rodowy, z dumą
       stroi niemądre miny, ukosem zerka w lustro, gdzie absolutne
         władztwo swe w pełnym blasku roi, cesarski tron Kosmosu, bodaj
          Królestwo Plutoid; tu wodnik truposz Neptun, trzymając kij od
          harpuna w rozdygotanej dłoni, ogląda złamany trójząb; a modniś
          co się zowie, Pluton planetopodobny, strojny (pas od Kuipera,
         buty od Adidasa, spodnie dzwony skrojone normalnie podług
      rozkładu, to znaczy krzywej Gaussa... lot profilowany,
    prosty niczym nos jego... postawa plutokratyczna), zmysł ma
   handlowy: pcha pluton pcheł na eksport; zgoła niemłody patron,
   iście dostojny Jowisz, wcale nieprzymuszony podczas długiego
    spaceru Bulwarem Aureoli godnie ćwiczy podskoki
     – na skołatanej duszy troszkę robi się cieplej, łatwiej mieć
     ową ferajnę, Eris i Haumeę, Ceres i Makemake, słoneczne
    proscenium na oku, odrobinę mniej razi też arcytrudne sąsiedztwo
  mentalnie tu obcej próżni, jakkolwiek mróz trzyma srogi, okrutny
  wciąż niebywale, a jakiś dwunogi intruz włazi mu w mroku pod
   równik, ze złości cały się pieniąc, że wokół kręcą się różni pękaci
     bezproduktywnie, gdy głód Internetu doskwiera, brak jakichkolwiek
      dostaw prądu z elektrociepłowni, wody choć kroplomierzem, haustu
      świeżego powietrza; brak nawet non stop otwartego, wszak
     przyrzekanego gromko hipermarketu „Wszechświat”.


 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41