niedziela, 29 stycznia 2012
ANTONICH WIELU – I
ANTONICH WIELU – I
ANTON JOSEPH BRUCKNER (1824 - 1896)
VII symfonia e-dur (boska albo leśna)
Anton Joseph Bruckner od szkraba miał bliski kontakt z przyrodą. Jako młody człowiek zmęczony nadmiarem obowiązków przy każdej sposobności wyrywał się z Sankt Florian na rozciągnięte za pasem pól łąki albo dalej jeszcze, do leżącego na północ, rozległego i dziś płata naddunajskiego lasu, w którym przyciągało błękitem czystych wód Pichlinger See, a nawet nad sam Dunaj. Jednak wcale nierzadko wybierał kierunek południowy, by poprowadzoną przez las drogą osiągnąć niewysoki Radner Berg, wzniesienie, z którego doskonale już było widać alpejskie grzbiety. Wszędzie – nad rzeką i nad jeziorem, w lesie i na wierzchołku wzgórza zdarzało mu się prowadzić namiętne rozmowy ze Stwórcą. Po spotkaniu takim podnosił z ziemi pierwszy lepszy patyczek i skubiąc lub obracając go machinalnie, zapisywał w myślach nieustannie skapujące z gałęzi buku czy lipy, wychylające się spomiędzy krzewinek, ponad leśną darń nuty.
VII Symfonia ponoć jest jedyną spośród dziewięciu dzieł Brucknera tego gatunku, która zyskała aplauz przyrodników – w środowisku antropogenicznym indywiduów przecież ponurych, zaciętych w sobie, złośliwych i nietolerancyjnych...
Był piątek, trzynasty dzień czerwca 1851 roku, południe. Dzień od rana ciepły; mimo pochmurnego za Dunajem nieba nic nie zapowiadało deszczu (co potwierdzają oficjalne dokumenty, jako że tego właśnie roku rozpoczęła pracę cesarska służba meteorologiczna). O tej porze ciągnący się ku Radner Bergu las mało kto odwiedzał. Dźwięczny jedynie ptasim śpiewem gwarantował ukojenie duszy i relaks ciału. Wydawałoby się, że Anton wnet zazna oczekiwanego spokoju. Odetchnie pełną piersią, a wówczas oblicze jego przyozdobione zostanie szerokim, błogim uśmiechem wobec bożego świata. Jednakże wśród melodyjnych kwileń dawało się wyczuć jakieś napięcie. Z każdym stąpnięciem stawało się coraz dźwięczniej, można by rzec – polifonicznie. Akurat zbliżał się do ścieżki, którą zazwyczaj z upodobaniem przechodził w całości, nie bacząc na fakt, że nieco nadrabia nią drogi na wzgórze. W dwie strony dawało to niczego sobie odległość, bo niemal milę, a przecież trzeba doliczyć długie dojście z miasteczka i powrót (w sumie, ho, ho, ho, nie byle jaka to, jeśli wziąć pod uwagę chroniczny brak czasu, eskapada; na dzisiejszą miarę przeliczając – dystans bez mała dwunastu kilometrów). Wtem ujrzał niecodzienny widok. Paradę wyfraczonych leśnych żuków. Kroczyły całą szerokością ścieżki. Otwierające pochód niosły skrzypce, altówki, również wiolonczele. Za nimi szły obarczone instrumentami dętymi: błyszczały na brunatno-szarym tle ziemi oboje i klarnety, rogi i trąbki. Niektóre owady, sądząc po muskulaturze odnóży silniejsze od reszty, taszczyły kontrabasy oraz starannie wyczyszczone kotły. Sam pochód stwarzał jednak wrażenie bezładu, porządek – pozoru. Chociaż prędkość przemarszu była niezmienna (doprawdy, czyż warto wzmóc zbiorowy wysiłek, by po chwili osłabić go, czy jest sens podkręcić tempo bodaj ociupinkę i znów zwolnić?), wcale nie trzymano kroku. Nikt też nie dbał o linię; rzędy tworzyły się spontanicznie i samorzutnie zanikały. A jednak dobywane z instrumentów brzmienia zlewały się w jedną harmonijną nutę – temat uroczysty, na przemian to radosny i jasny, to znów pełen mroku, żałobny, wieszczący nieokreślone klęski. Pomykającej hałastrze z trudem dotrzymywał kroku maruder, wyrośnięty gnojarz jednolicie czarnego ubarwienia. On jeden to przyśpieszał, to zwalniał. Niezbyt zainteresowany towarzystwem oraz ich muzyką toczył kulkę, w której ktoś mniej od Antona oddany myślom, a bardziej spostrzegawczy mógł dostrzec bezradnie przebierające na poły zlepione odnóża i muszą główkę z zielono-fioletowymi, zatrwożonymi oczkami.
Los był dla żuków łaskawy – w ostatniej chwili człowiek przystanął, fortunnie jeno czubkiem buta zawadzając o kulkę. Bryłka, tak pchnięta znienacka, nabrała pędu. Pociągnęła marudera za sobą, ów bowiem machinalnie ucapił nóżkę muszki, której kaloryczność oceniał właśnie ze znawstwem. Po kilku rozpaczliwie drobionych kroczkach stracił równowagę i upadł, niebożę.
(cdn - ciąg dalszy nazajutrz)
sobota, 28 stycznia 2012
Z PODRÓŻY DO GÓR
Z PODRÓŻY DO GÓR
Góry kocham, od kiedy nauczyłem się chodzić. Są dla mnie zbiorową dobrą wróżką, nieodłączną inspiracją, słodką muzyką, soczystym natchnieniem. Zaczarowaniem. Me myśli nostalgiczne, sny serdeczne dotyczą zwłaszcza Karpat; krążą wokół nich z uporem. Skomplikowanych dziejów geologicznych, a także wyróżniające się przebogatą historią powszechną, zasiedlone przez rozmaite ludy, zatem wielokulturowe oraz wielowątkowe, w dużej mierze wciąż dzikie, niedostępne, dziś leżące na terytorium siedmiu państw, za każdą moją bytnością inne, chyba nieco inaczej uformowane i rozmieszczone, uparte kokietować to nowymi szatami swego majestatu, to wdziękiem młodości, coraz, coraz urokliwsze, przyciągające równie skutecznie magią wspomnień, co śnionym zawsze niewiadomym – płochym, zwiewnym niczym zabłąkany obłoczek, groźnym jak grom czychający na grani, chmura gradowa – we wnętrzu kryją niezmierne cuda i sekrety, o którym to skarbie nawet ja wiem niewiele, a może po prostu nic. Utarło się, że do mych Karpat zdążam zimą przez Kraków, w pozostałe zaś pory roku traktem wzdłuż Wisły, stosunkowo mało uczęszczanym, jakkolwiek starannie utrzymanym i widokowo wielce atrakcyjnym. Z pierwszego etapu peregrynacji tą właśnie drogą zdam relację niniejszym.
Wyczekawszy dobrej, bezdeszczowej pogody, wyruszam z domu o drugiej, najpóźniej o pół do trzeciej w nocy. Bezstresowo, bo całkiem płynnie przejeżdżam przez Warszawę, przystając tylko na tych światłach, których czerwień wydaje się być kategoryczna, żeby już w okolicy Konstancina wypatrywać gór. Wcale nie wyłącznie tych najwspanialszych, karpackich wyniosłości, lecz wszelkich gór, w chwilach zwątpienia nie pomijając co wybitniejszych pagórów.
Wszelako zawsze poczynam od Himalajów, a jakże, bo te, najwyższe, pobielone wiecznymi śniegami, powinny być najbardziej widoczne w świetle gwiazd dobrych, mnie prowadzących. Nie chcę rozpisywać się nadmiernie, przeto poprzestanę na konstatacji, że z Himalajów rychło przestawiam się na Karakorum i Hindukusz. Omijam Kaukaz, kiepsko u nas znane góry Iranu oraz Turcji (te ostatnie z żalem), również Bałkany, poza Pirinem i Riłą niezbyt atrakcyjne turystycznie. Ambicje wciąż tonując, płynnie zniżam loty, aż w końcu apetyt ograniczam do Alp. Z dobrym skutkiem, albowiem te istotnie dostrzegam o poranku, gdy przekraczam dolinę Kamiennej koło Czekarzewic lub kilka kilometrów dalej, już na gruntach tarłowskich, w formie bądź to zamglonego tła dla Gór Świętokrzyskich, bądź też jaśniejącej na ich ciemnym, zalesionym cielsku wysypki. Na oko przypadłość owa nie jest proweniencji wirusowej. Raczej niezaraźliwa, jak można przypuszczać, ma etiologicznie związek z niewłaściwym trybem życia pośród sznycli i strudli.
Aliści zawracam co powietrza w oponach do Konstancina (miast się cieszyć i z radości w klakson jak w bęben serdecznym palcem walić), ponieważ przegapiłem przejazd przez Górę Kalwarię.
piątek, 27 stycznia 2012
Z ROZMYŚLAŃ O PRZYSZŁOŚCI
Z ROZMYŚLAŃ O PRZYSZŁOŚCI
Mimo diety zapiekankowej i starannego odkurzania wspomnień jęła mi bardzo szwankować pamięć.
- Ile jest sto odjąć siedem? – spytałem sędziwego profesora matematyki, któremu wczoraj towarzyszyłem u lekarza geriatry jako fizyczna podpora.
- Nie wiesz? – przyjrzał mi się zdumiony. – Dziewięćdziesiąt trzy.
- Właśnie! – wykrzyknąłem z przejęcia. – Dziewięćdziesiąt trzy. Oczywiście. Ale wyjaśnij mi, proszę, dlaczego milczałeś, gdy lekarz pytał. Czemuś nie odpowiedział?
- A co by mi to dało? – wzruszywszy ramionami, zapatrzył się w okno.
Po tej filozoficznej, gdy się zastanowić, wypowiedzi taktownie przestałem drążyć temat. Też zapatrzyłem się w okno.
Powinienem chyba wyjaśnić, dlaczego wzmiankowaną dietę uznałem za ważny oręż w boju o pamięć. Otóż zapiekanka to w mym domu częsty, niemal codziennie serwowany przysmak, którego notabene jestem autorem. Przeważnie nie muszę sobie przypominać elementów kompozycyjnych potrawy, bez udziału których na widelcu jest ona wartościowo niekompletna i, z higienicznego punktu widzenia, właściwie pozbawiona uzasadnienia, gdyż niespełniająca swej roli wzmacniacza pamięci. W pierwszym rzędzie należy wymienić standardową, to znaczy półkilową paczkę spaghetti. Koniecznie takiego, który dopiero co ugotowany aż się wije w gotowości do oplecenia widelca. Pozostałe składniki ujawniam, uwzględniając jedynie ich przymioty, w kolejności alfabetycznej, jako że poszczególne ilości, zastosowane proporcje nie mają decydującego znaczenia:
- boczek wędzony, możliwie boczkowaty
- cebula
- czosnek
- maggi
- olej
- oregano
- oryginalna sól kamienna
- pieprz czarny mielony
- tymianek
- w moździerzu rozdrobniona kolendra
- żółty ser.
Wszelako wcale nierzadko i z najwyższym trudem uświadamiam sobie miejsce (czasem odnajduję je tylko na skutek metodycznie przeprowadzanych poszukiwań lub po wielu dniach dzięki przypadkowi), w którym podziały się takie substancje i byty, jak boczek, pieprz, oregano. Mam bowiem zwyczaj mylenia śladów, utrudniania życia złodziejom, których łakomstwo, nieposkromione apetyty są powodem powszechnej udręki, od czasu do czasu odczuwają też zapewne zwyczajny głód. Niechybnie zwiedzieli się już o mnie, mych żywieniowych gustach i kulinarnych nawykach, tudzież o zawartości kuchennej szafki...
Ponieważ w niedalekiej przyszłości, konkretnie zaś dzisiaj na obiad, zamierzam zrobić zapiekankę (ach, jakże zdziwi się żonka! ach, jak się ucieszy!), muszę odszukać ser i cebulę. W kuchni ich nie ma. W spiżarni nie ma. W pracowni też nie ma: regały z książkami, farby, szuflady, wszelkie zakamarki starannie przepatrzyłem... nawet obrazy, mimo że przecież nie tworzę martwych natur. Pomijając względy wierności zasadom, etyczno-estetyczne, nie widzę przed nimi przyszłości.
czwartek, 26 stycznia 2012
O KINIE PO SĄSIEDZKU
O KINIE PO SĄSIEDZKU
Przed paroma dniami, bezskutecznie czyszcząc kurtkę, dotarł do mnie fakt, iż do kina nie uczęszczam ani sam, ani rodzinnie, ani ze znajomymi. Ledwie bywam w nim od przypadku do przypadku, na ogół w towarzystwie przyjaciół mieszkających w pobliskim przysiółku, gwoli podtrzymania kontaktów dobrosąsiedzkich na neutralnym, a więc, jak należy sądzić, niekłopotliwym dla nikogo gruncie; tak czy siak rzadko.
Podczas seansu, jak wiadomo, różnie się zdarza, zwłaszcza że w dobie walki o pozyskanie klienta powszechną praktyką stało się wliczanie w cenę biletu rozlicznych atrakcji. I tak oto za stosunkowo niewielką opłatą człowiek się wyśpi smacznie lub wymęczy okrutnie. Zakrztusi dropsem lub poszeleści cudnie torbą z cukierkami. Spuchnie od popcornu i, dostawszy czkawki, nachlapie sąsiadowi coca colą na kurtkę. Albo inną cieczą z gustownego kubeczka.
Przyznam, że korci mnie, osobę znaną z przesadnej skromności, by wykazać wreszcie choć krztynkę chełpliwości. Dlatego westchnę z ulgą...
- Och, co za szczęście, że gdy zagoszczę w kinie, przestaję być człowiekiem!
Oczywiście, będąc malkontentem niemalże wzorcowym, posiadam też uczciwy powód, by sobie pobiadać...
- Ach, jakiż pech mój, że kiedy tam się znajdę, to w roli sąsiada!
środa, 25 stycznia 2012
MIĘDZY STRONAMI
MIĘDZY STRONAMI
Książkę czytam – naoczny zbiór esejów o perspektywach, ograniczeniach, horyzontach człowieczych. Czytam uważnie, szczęśliwie jestem w lekturze już na drugiej stronie.
Od paru dobrych dni pilił mnie sąsiad, żebym zrobił coś z hałdą śniegu, artystycznie ukształtowaną przeze mnie pod parkanem na granicy naszych posesji, po mojej wszakże stronie. Faktycznie utrudniała mu wjazd na podwórko, przeto wczoraj raniutko trzeba było trening umysłu połączyć z gimnastyką ciała, czego, prawdę powiedziawszy, będąc już od dawna odpowiednio i odpowiedzialnie gibkim, unikam.
Łażąc z ciężką szuflą po ulicy, zerkałem z niechęcią to na zaspę po prawej, to na bajoro niczym wąwóz głębokie, błotniste, po lewej stronie i rozmyślałem o niegdysiejszych horyzontach. Ileż na nich było pojedynczych zakoli i całego systemu meandrów, ileż stron świata, ileż słońc sztucznych, a także prawdziwych, acz odrobinę zdezorientowanych. A ileż różowego pudru! Bez okularów żadnych! Obecnie widnokręgów mniej, a wszystkie zawężone, zamglone, na odległość wskazującego palca.
Właściwie nie dziwota. Jakże łatwo napotkać ponuraków, którzy wieszczą, po salonach ze szczególną ochotą, że lada dzień wypadnie zmagać się z deficytem nadziei na godziwą przyszłość bodaj najdalszą, ba, na jakiekolwiek horyzonty. Ponoć już teraz nie starcza wyobraźni. Gorzej! Samej egzystencji, mimo przedłużenia średniej długości życia, ubywa nader szybko i wciąż coraz szybciej, jedynie towarzyszących jej bólów jest więcej, więcej, więcej...
Z drugiej strony zimą lepiej nie przesadzać z horyzontami, nie poszerzać ich na siłę, używając nowszych niż łopata zdobyczy techniki, bo to gotowy kłopot na głowę i nogi. Trudno potem nadążyć z szuflą, grabiami, piłą, iżby porządek zachować wszędzie tam, gdzie krągłość widnieje w dali bałamutna.
W każdym razie ja mam nieliche logistyczne problemy z widnokręgiem o tej porze roku, kiedy dnia króciutkiego jasność płocha... a co dopiero, gdy zmierzch zapada lub zgoła po ciemku. To jak gdyby odłożyć szuflę i wziąć się za książkę. I pogrążyć się w niej. I doczytać znów do drugiej strony.
Ech! Znów do drugiej strony... doczytać zdołam tylko... Oto jaką monotonię cierpieć muszę. Zupełnie jakbym z grabiami, szuflą biegał, a nigdzie zdążyć nie mógł. Jakbym rękoma zmrożonymi piły po ciemku w górze śniegu szukał.
Grabie, wiadomo, używam ich gwoli zapewnienia przedsięwzięciu możliwie pełnej zgrabności. Ale co mnie podkusiło z tą piłą? Po jakie licho w ogóle ją brałem od sąsiada?! Ten w oknie stoi, popija piwo i wbija we mnie wzrok wściekły, wóz utopiwszy w wąwozie ulicznym.
wtorek, 24 stycznia 2012
O ZIMOWYM POMIESZANIU PRAWDZIWIE
O ZIMOWYM POMIESZANIU PRAWDZIWIE
Mniej więcej za sześć tygodni, czyli wcale nie tak prędko, jak twierdzą optymiści, winien się pojawić pierwszy u nas, pod lasem, zwiastun wiosny – ryżej maści pegaz przystrojony gałązką z białymi baziami, lecz ty, nie wiedzieć czemu, bo żaden z ciebie szczególny miłośnik koni, podczas codziennych przechadzek na wieś po gazetę wciąż rozmyślasz, momentami śnisz o rumaku karym...
Wszelako trudno o pewność, że wbrew ponawianym wciąż pogróżkom anarchistycznie nastawionej konfraterni hakerów i nieporadnych urzędników doświadczymy w tym roku kalendarzowej wiosny. Jeśli tak, można spać, spokojnie śnić nadal. Jeżeli nie, lepiej zawczasu poprzestawiać na scenie pozimowych, a nawet niektórych wczesnoletnich aktorów, takoż ich ulubione kryjówki wraz z umeblowaniem; najważniejsze wydają się być łóżka, szafy, fotele i, u staromodnych, szezlongi oraz miejsca pod nimi. Zarazem uważam, że tak długo, jak to możliwe, należy powstrzymywać się od nadmiernych, nieprzemyślanych dokładnie czy po prostu spontanicznych innych ingerencji w przyzwyczajenia owych graczy.
Warto zatem wykorzystać fakt, że zima trwa, a mało kto na poważnie przemyśliwa o jej delegalizacji i unieważnieniu. Po wprowadzeniu niewielkich korekt oraz udoskonaleń łacno przyjdzie zauważyć niezwyczajną, iście wiośnianą krzątaninę w przyrodzie. I tak oto, ledwie wyjść z domu, już widać będzie rozkoszne przeciąganie się polarnych dżdżownic, baraszkowanie zimowych mrówek i pomruki chrząszczy styczniówek. Tu żuki postanowią przechadzać się pod nogami, prezentując dumnie nowe kreacje (obowiązują czarne aksamitne chitynki o granatowym połysku), ówdzie zaś, jeśli postąpić kroczek, mięczaki: przed lewą nogą ślimak, za nogą prawą ślimak. U przedniej kolejny ślimak. Gdzie tylna – dwa się rozślimaczą... Nawet za ukwieconym węgłem narożnego domu – jak mieszkańcy kanciastym w obejściu, lecz statecznym pod każdym względem, umiarkowanie ciekawskim – trudno będzie nie dopaść okiem ślimaka. Badający nieprawości w przyrodzie śledczy sozolog zaobserwuje z ukrycia, czy ten się z muszlą obnosi należycie: tyłem, przodem, o bokach nie wspominając; wszak jeno szaleju skosztowawszy, mięczak chuligani, nonszalancko wywijając skorupką na lewo i prawo.
Ślimak, ślimak, wystaw rogi,
dam ci sera na pierogi!...
Nadto małż się przyplącze niedorzeczny, bezsprzecznie z tych, co to bytują w Wiśle na wysokości Żuław; coś żując, zanuci marsz Żuawów w wersji Włodzimierza Wolskiego.
Hej! Hej! Żwawo żuj,
a nie fałszuj,
małżu mój!...
Na krańcu ulicy jeszcze jeden róg zakwitnie. Od świtania wystawać zza niego na zydelku będzie mająca swoje lata obrotna przekupka twarogiem, zrazu bez przekonania, potem z większą ochotą. Niejeden ślimak spowolni jej czas tak, że i ser, i ona przestaną gliwieć.
Ciszę, która zalegnie dzięki mgiełkom tchniętym przez ciepławy wiaterek od pól podleśnych, niebawem zakłóci nierówny tętent jakby galopady. Lada moment przygna wierzchowiec, ogier o kruczym ubarwieniu, prędkiego kopyta i pęciny chwackiej. Popędliwy, narwany. Jednakże po chwili, postrzegając podrdzewiały dzwoneczek i czerwono-zielone kokardki zaplecione u grzywy, z niepomiernym zdumieniem w karym rumaku rozpoznasz poczciwego siwka – jesienną chabetę wiecznie zapóźnioną, bo kulejącą, nieruchawą...
W niewłaściwą porę ten koń tu się ziści – wszystko wokół właśnie spowolni wyraźnie jakby w ostatnim obrocie półjawnym, półsennym...
Zwierzę pocznie przebierać kończynami. Tylko patrzeć, jak pójdzie!
Ach! W tany wnet ogier pójdzie sobie z przekupką, przytupując kopytem, na jej towar zawzięty.
- Nuże! Twaróg weźże, ją puśćże, przybyszu z innej bajki! Uchodźże wreszcie, choćby i w galopie! – zażenowanie rozwojem sytuacji wyzwoli w tobie syk skądinąd nieporadny i śmieszny, no bo jakże wysyczeć twaróg, owe „puśćże... uchodźże”. Niestety, dotychczasowy przebieg zimy wskazuje, że syczenie takie ku zadziwieniu gawiedzi ponawiać będziesz przez wiele, wiele dni jeszcze.
Póki wsi.
Póki gazet.
Póki przechadzek zimowych.
Póki nie zawita pierwszy zwiastun wiosny – ryżej maści pegaz przystrojony gałązką z białymi baziami – i nie wysyczy: „Przybyłem! Nareszcie!”.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
COŚ SIĘ STANIE…
COŚ SIĘ STANIE…
Pomyśl sobie, proszę, ziąb późnej nocy i spacer utajonymi uliczkami o czwartej czy piątej nad ranem, gdy drzewa, ptaki, również psy milczą przez sen, a żółte światła nielicznych latarni spowijają cię, centralną postać świata, w przyjazną mgiełkę. Zaledwie śniony (albo śniona, jeśli nie brak ci chęci, byś nieprzymuszona okolicznościami opuściła łoże o tak wczesnej porze), postanowiwszy zawczasu kolejność dzisiejszych, skądinąd dość przyjemnych zajęć, nieśpiesznie idziesz pod rękę z wyobraźnią, mijasz latarnie jedna po drugiej, wtem z rozpiętej nad światłem nieprzeniknionej przestrzeni niczym z krawędzi czarnego parasola coś spada na ciebie. Coś miękkiego. Abstrakt Wszechświata. Karykatura absolutu. Konkret, zarazem oczywisty tegoż konkretu antonim.
Przystajesz. Coś jest niewyczuwalne. Czemuś brak ciężaru, lecz masz przecież świadomość jego obecności. Niewątpliwie tkwi gdzieś przyczepione do kurtki, zespolone z nią powierzchniowo ważnym powodem, lub też czai się w jednym z licznych fałdów kołnierza. Intensywnie rozmyślasz, cóż to może być i jaką czynność przedsięwziąć najpierw. Masz doświadczenie, bowiem ilekroć coś spadało na ciebie, twe życie komplikowało chwilowo bądź zmieniało bezpowrotnie. Nie od rzeczy będzie zauważyć, że im większą miękkością charakteryzowało się dotychczasowe coś, tym większy stawał się twardziel z ciebie. Ach, jakąż podjąć decyzję! Niepodważalna prawda jest taka, że w kurtce przechowujesz swojskość i suwerenność, prócz przyjemnego poczucia własności także ciepło, więc brak ci odwagi, by ją ściągnąć z grzbietu. Poprzestajesz na przekręceniu głowy. W mrugającym akurat świetle latarni cokolwiek dostrzec jest trudno, jednakże w pobliżu kołnierza, gdzie kark, załzawionym kątem oka, ostatnim rozpaczliwym zerknięciem łowisz na poły obłe, kluchowate, na poły zaś amorficzne macki barwy mieszanej, ochronnej. Zyskujesz niepewność co do tego, czy ona, chyba ta miękkość właśnie, jest wciąż niewinna pierwszą zielonkawo-biało-szarą świeżością, połyskliwa, czy też skorupiejąca matowo, w dużej mierze zmętniała, i, prawdopodobnie wskutek zmieszania z latarnianym tchnieniem, raczej anemicznie żółtawa.
Wszelako trzeba porzucić rozważania kolorystyczne. Musisz na nowo ustalić kolejność czynionych po powrocie domowych powinności, wśród których parzenie kawy niestety traci pierwszorzędne znaczenie. Dobrze znany aromat miesza się z innym. Nie próbujesz go określić bodaj cichym szeptem, nie musisz. Wzbiera w tobie niechęć; nastrój teraźniejszy wspomagasz słowem znanym a szpetnym. Zwiesiwszy nos na kwintę (w twej pamięci geneza powiedzonka uległa zatarciu dawno temu; zastanawia cię teraz nie mniej niż pochodzenie owej miękkości z tyłu nasobnej), postanawiasz skrócić spacer. Wracasz do domu krokiem marszowym.
Wcześniej niż zwykle pogasły latarnie. Brzask. Gdzieniegdzie wiszą już niewyraźne welony jego, wymagające lepszego kontekstu lub późniejszej minuty ażurowe woale. Twe zmysły rejestrują pierwsze poskrzeczonka, powarkiwania, poszumki – jeszcze nieśmiałe, rozkosznie przeciągane do życia w tułającym się po ciele śnie, który kolebaniem łagodnym wciąż obezwładnia wolę i członki.
W przedsionku wzmagasz uwagę. Musisz tak zdejmować kurtkę, żeby nie doświadczyć się nieznanym nadmiernie. Zapalasz lampę. Oglądasz odzienie z sumiennością badacza i, równocześnie, świadomością rzeczy godną teoretyka. Może dlatego dociekliwość bezwiednie mieszasz z dużą dozą rezygnacji. Czujesz, jak twą twarz przyozdabia grymas rozczarowania. Pastelowych barw miękkość znajdujesz jako nieco zbyt karkołomny i przydługi wyraz uznania, ale czegóż wymagać od świata o tak wczesnej porze. Wszystko wciąż jest takie nie rześkie... Chcąc nie chcąc przeciągasz się w rytm sroczego zaśpiewu.
Otwierasz posłanie...
Grzebiesz się z oczu...
Ze zrozumieniem bogactwa doznanych wrażeń drepczesz do kuchni.
Nadal niedowidząc, nastawiasz wodę na kawę.
Za oknem świtanie rozskrzeczało się sroką na dobre.
niedziela, 22 stycznia 2012
TANECZNIE Z WILKAMI
TANECZNIE Z WILKAMI
Wprawdzie biało jest u mnie dopiero od tygodnia, ale ptaki dokarmiam już trzeci miesiąc. Do uwieszonego u gruszy karmnika, a także, specjalnie dla kosów, na trawnik, jeśli niezasłany śniegiem, sypię płatki owsiane oraz ziarno słonecznika. Krojoną na paski słoninę przywiązuję do gałęzi jabłoni:
- na tyle wysokich, iżby spasione dwa pięknisie – nawiedzające mój ogród koty z sąsiedztwa, jeden rudy, drugi zaś bury – nie mogły do nich doskoczyć z ziemi
- na tyle cienkich, żeby nie dały rady dojść do nich od strony pnia i konarów
- na tyle wytrzymałych, by nie złamały się pod ciężarem sikorki, dzięcioła, ani nawet sójki; wszak zaaferowany konsumpcją ptak w razie upadku mógłby połamać sobie lotki lub nawet skręcić kark.
Przy każdej okazji spoglądam na ogród przez okno. Obserwuję ptasi rozgardiasz i lustruję wzrokiem jabłoń w obawie, że kocury, sprytne, zaradne, również uparte w realizacji założonych sobie celów, odkryły jakiś sposób na dotarcie do słoninek.
Odważny rzut okiem na jabłoń, smętek chaosu panującego w jej gałęziach uprzytomniły mi dziś, że skandalicznie zaniedbałem drzewo, nie uczyniwszy w lecie tak istotnego zabiegu pielęgnacyjnego, jakim są cięcia. A trzeba wiedzieć, że jabłoń moja jest w kwiecie wieku, wyrośnięta już i obfita w kształtach. Co roku wypuszcza w niebo watahę dorodnych wilków – pędów zbędnych, bo trudno dostępnych, zaborczych, w roślinnym organizmie uniemożliwiających efektywną, z mego punktu widzenia, gospodarkę sokami i zachłannych na światło.
Jak wiadomo, wśród drobnotowarowych producentów owoców narosło przekonanie, iż wilki należy wycinać u schyłku zimy. Jednakże ja, mieszkaniec wsi o poglądach na sadownictwo skądinąd dość liberalnych i surrealistycznych, w tym przypadku postanowiłem postępować zgodnie zarówno z duchem czasu, jak i literą obiektywnie słusznej teorii. Postrzyżyn zatem dokonuję w sierpniu, nie szczędząc drzewu z drabiny owocnych zaklęć, zrzędliwych przekleństw oraz pogróżek szczeblem, który akurat mam wyłamany pod ręką.
Drabinę, z której dobroci korzystam, pozostawił mi hojny poprzedni właściciel posesji, nie chcąc niczego w zamian. Jak twierdził, dom sprzedał, wedle treści ogłoszenia zamieszczonego przy sklepie, w pakiecie razem z drabiną i trzonkiem do szufli, przeto w godzinie próby nie godzi mu się czynić brewerii o kawałek sprzętu, nawet jeśli drugiego takiego i ze świecą próżno szukać. Niewątpliwie drabina ta była rezultatem technicznego natchnienia i działań racjonalizatorskich tegoż jegomościa lub jakiejś anonimowej złotej rączki; we wsi roiło się od przeróżnych geniuszy. Jako byt wyjątkowo chybotliwej natury, rozdygotany, w każdej chwili gotów ku wolności uciec spod buta, stanowiła przedmiot mych wielokrotnych spekulacji i solennych przyrzeczeń, że podejmę względem niej odpowiednie procedury naprawcze.
Wyciągnąłem drabinę ze schowka pod gankiem i zataszczyłem do jabłoni. Mrużąc oczy, bo puch leciał nie tylko z nieba, lecz także z poruszanych gałęzi, wszedłem wysoko, najwyżej jak się dało w klapkach mych zimowych. Byłem gotów do inauguracyjnego cięcia. Rozwarłem nożyce.
Tym razem doznałem na drabinie istnej udręki. Pominąwszy już nędzę psychofizycznej kondycji pokrytego lodem sprzętu, musiałem pracować w skrajnie niewygodnej pozycji. Z trudem sięgałem nożycami, których maksymalny rozstaw miał niewiele wspólnego z zasadami ergonomii, do wilków i zwierałem tępawe ostrza. Twarde kikuty gałęzi wbijały się we mnie ze wszystkich stron. Czas uciekał wartko. Koniec końców uleciałem ku wilkom leżącym pod drzewem.
Lot z drabiny to nie pierwszyzna, bynajmniej, wszelako ten zaistniał wtedy, gdy uporałem się już z robotą, zaprzestałem złorzeczeń i odrapany począłem grzecznie schodzić; cóż, pomyliłem nogi i szczeble.
Podnosząc się z upadku, postanowiłem wszystkie szczeble naprawić, usztywnić bezzwłocznie, drabinę zaś, jako wreszcie rzeczywistą całość, wzmocnić moralnie. Podjąwszy tę decyzję, zamyśliłem się nad technicznymi aspektami przedsięwzięcia. Po kwadransie, westchnąwszy, odtaszczyłem drabinę z powrotem do lamusa. Pośpieszyłem do domu zająć się obowiązkami, których z nagła wynikła mnogość wielce mnie zainspirowała do działania.
Jednakże dziś wyjdę do ogrodu raz jeszcze, przed zmierzchem. Ponieważ wieszczona jest wichura w nocy, zbiorę wilki ze śniegu i pociacham je na drobne kawałki. Wybiorę dla nich miejsce pochówku gdzieś w głębi kompostu i formę właściwą – w ostatniej drodze oddam im honory wyciem. Potem, jeśli czasu starczy, zajmę się rozrośniętą ponad wszelkie wyobrażenia tują, którą też zapomniałem w lecie przystrzyc. Przy okazji sprawdzę drabinę. Może ustatkowała się sama. Pozwoliłoby to i jej, i sobie oszczędzić siłowej interwencji.
sobota, 21 stycznia 2012
PASZTET
PASZTET
Dzień mnie przywitał nieplanowanym słońcem. Postanowiłem pójść do lasu, gdy tylko uporam się z porannymi powinnościami. Po śniadaniu krążyłem więc po domu zawzięcie i butnie, gdy w jednym z kątów natknąłem się na kawałek sznurowadła, kilkucentymetrowej długości szaro-granatowy strzępek. Mimo starań nie potrafiłem przypisać go ani obuwiu będącemu na widoku w sionce, ani bytującemu w piwnicznej ciemnicy.
„Aż dziw” – przyznawałem się sobie z zażenowaniem – „że taka błahostka skutecznie zepsuła mi nastrój dotychczas przecież wyborny.”
W lesie gryzłem się...
Podczas drogi powrotnej coś mnie tknęło. Rozwarłem garść. Barwa, splot nitek były jednak znajome.
„Ładna historia” – ponownie oddałem się zadumie.
Późnym popołudniem, wyczuwszy sznurowadło w kieszeni, przypomniałem sobie but stylowy (granatowy zamsz, język szary, fantazyjnie wywinięta podeszwa), potem stopę, łydkę kształtną, wreszcie całą córkę.
Jednakże nie dane mi było odzyskać spokoju. Jakieś powody do zmartwienia wciąż istniały, tkwiły we mnie zadrą, hakiem, harpunem, licho wie, czym jeszcze...
„Powody na pewno istotne, to oczywiste... ale jakie?” – zachodziłem usilnie w głowę.
Gryzłem się, gryzłem bez umiaru. Skubałem paznokcie.
„Wiem! Już wiem!” – olśniło mnie późnym wieczorem, gdym szykował posłanie. – „Chodzi o pasztet!”
(…)
„Ale dlaczego pasztet?” – szeptałem w półśnie, przewracając się z boku na bok. – „Skąd się wziął ten przeklęty pasztet?”
piątek, 20 stycznia 2012
Z GŁOWY – II
Z GŁOWY – II
Nie próbowałem wstać ani choćby się podnieść. Jeszcze nie teraz. Na leżąco było wspaniale. Powinno trwać. Scena zwolna nabierała wyrazistości. Znów mogłem ją rozpatrywać, zmieniać taktykę, swe położenie i sytuację, a nawet uwarunkowania pogodowe, dodawać atrakcyjne lub niezbędne atrybuty bytności, usuwać te już wykorzystane bądź wadliwie pomyślane, dysponować grą barw oraz świateł. Poza prozaicznym pragnieniem i szumem, zakłócającym harmonikę wybraną do zilustrowania dzisiejszych projekcji, nie przeszkadzało mi zgoła nic.
- Hej! Co z panem? – na środku sceny pojawił się nieproszony dryblas.
- Nic takiego. Odpoczywam.
- Nie wygląda to za dobrze – głęboki baryton nieprzyjemnie oblepiał me narządy słuchu.
- Wszystko w porządku. Tylko to słońce... szum dokuczliwy... strumień w jarze... a zwłaszcza dźwięki kaleczące... Pragnę całkowitej ciszy, więc gdyby pan był uprzejmy...
- Potok wysechł jeszcze w czerwcu – udawał głupiego.
- No to wiatr szumi, co za różnica.
- Na tym terenie, między wzniesieniami, nie wieje mocno. A teraz wcale.
- Nieważne. Dobrze mi zrobi, jeżeli przez chwilkę poleżę w samotności.
- Tutaj niebezpiecznie leżeć, samemu zostawać. Lepiej się przemóc... wstać. Podprowadzę kawałek, potowarzyszę... bo, widzi pan... przywracam wędrowcom... radość życia, wiarę... zachęcam... zatem... dzisiaj, jak sądzę... ku nowemu... Przebywam tu, od kiedy sięgnąć pamięcią... wiem, co mówię... rozsądniej nie sięgać, nie pamiętać... zwyczajnie być... typowo zachęcać... po prostu podprowadzać...
Rozgadał się na dobre. Czekałem, aż straci wątek, przystopuje, ale gdzież tam! Był wytrwały. Dopiero nabierał wigoru, rozkręcał się, gestykulacji nie żałując.
- Doceniam pańskie starania, ale wolałbym pobyć sam – z wysiłkiem osiągnąłem pozycję kuczną. Scena, wprawiwszy się w ruch obrotowy, ponownie uległa zamazaniu. – Mam sporo do przemyślenia. Pilnego.
- Nie ma sensu kombinować, obmyślać Bóg wie co, obciążać pamięć. To doskonałe miejsce, żeby zrzucić cały ten balast z głowy... byle z rozwagą... ostrożnie...
Ech, trafił mi się opiekun! Gotów człowieka wykończyć paplaniną. Niechby sobie poszedł w swą drogę. Szum narastał. Zajrzałem w jar. Odstraszał martwotą. Wzdrygnąłem się.
- Hola, hola! Lepiej nie podskakiwać.
- Pewnie ciśnienie... Gorąco mi.
- A wyglądał pan, leżąc, blado i chłodno. Wręcz zimnokrwiście. Półtrupio.
- Daj pan spokój! – obruszyłem się. – Też coś!
„Może go zrzucić?” – szukałem rozwiązania nieprzyjemnej sytuacji. – „Nie, prędzej on mnie zrzuci... to byczek. Znać, że wypoczęty. Jakby tej wspinaczki w spiekocie w ogóle nie odbył”.
- Niezdolny do reakcji. Niczym glon jakiś.
- Jak panu nie wstyd! Niech pan stąd idzie!
- A co?! Oczywiście, że glon! – zaperzył się typ. – Glonowatość ma pan w oczach, ruchach, mowie. W dodatku, pomijając kucki, pan się nie uniósł mym patosem wdzięcznym. Ani trochę nie wzruszył frazą drapieżną ni słowem wykwintnym, kraszącym myśl gęsto a dobitnie – grzmiał rozsierdzony nie na żarty. – Bóg wie, ile perlistych akcentów wysiałem na lirycznym kobiercu kładzionym pod pańskie stopy. Nawet żonglerka gestami, ekwilibrystyka, z której znany jestem również za Odrą, nie spowodowała żadnej reakcji. Żadnej! – jął mi przed oczyma wymachiwać pięścią. – Glon. Właśnie tak. Glon wędrowny!
Zatkało mnie. Niespodzianie zza kopy, niejako mym tropem wychynął młodzieniaszek w stroju turystycznym. Wszystko – czapeczkę, bluzę, pumpy, getry, także plecak – miał błękitne. Cały zlewał się z niebem. Mój adwersarz oniemiał z zachwytu. Aż się chwycił za głowę. Bez słowa pożegnania odstąpił ode mnie i pośpieszył w stronę przybysza. Usłyszałem, jak doń zagadał przyjaźnie, łasząc się, zataczając ręką znaczące coś kręgi. Nie obdarzywszy mnie bodaj jednym spojrzeniem, jakbym nie istniał, na moment przystanęli obaj i zamienili kilka cichych zdań. Natręt ujął błękitnego za łokieć i, nie przestając wdzięczyć się, ględzić, poprowadził ścieżką w górę.
Szum spuścił z tonu, ustał, snadź podążył za nimi. Oddychałem z ulgą. Po paru minutach ujrzałem ich znowu, przy wybrzuszeniu ścieżki za drugim zakrętem. Natręt zaczął właśnie staczać się na dno jaru, szukając rękoma jakiegoś uchwytu. Piechura w błękitach kusiła ciekawość. Wychylał się nad jar.
Wtem potknął się, zachwiał! Ach! Och! Teraz obaj spadają. Teraz obaj wrzeszczą. Obaj płaczem błagają o pomoc! Z rozprutego plecaka sypią się drobiazgi...
Potoczek na dnie, nagle ożywiony, jął zagarniać trofea łapczywie i smukłymi dłońmi unosić w drogę, połyskując z radości. Niedługo potem słyszałem już tylko staccato spóźnionych kamyczków szukających nowego miejsca na spoczynek.
„W następnej scenie podadzą do stołu” – przypomniałem sobie.
Zawróciłem.
czwartek, 19 stycznia 2012
Z GŁOWY
Z GŁOWY – I
Był sierpień, dzień upalny. Minęło pół do dwunastej i właśnie jął przyzywać wiernych na modły dzwon pobliskiego kościółka, gdy oddaliłem się od wsi mimochodem. Nie całkiem świadomie, ponieważ w głowie miałem kraszoną śpiewaniem ptasim – kwileniem, świergotem, wymyślnymi trelami – jedną istnie gigantyczną scenę; zdołałem w niej pomieścić historie różnych starannie zaplanowanych wędrówek, a także bezcelowych włóczęg, zarazem trzymając na podorędziu, niczym wytrawny reżyser, pojedyncze, izolowane sytuacyjnie zapasowe wizje, zawczasu przyprawione garścią mielonych niebieskich migdałów, których torebeczkę noszę z upodobaniem niemal zawsze i wszędzie, tak samo zresztą jak wór pełen staroci oraz niepotrzebnie chomikowanych śmieci – rezultat porządków okresowo czynionych w zatęchłych zakamarkach pamięci. Z prawej strony drogi, którą przebywałem bez pośpiechu, kładł się ciemną zielenią łęg niski, szemrała struga bogato zdobiona osikowo-wiklinową szatą. Powiewał nią zefirek.
Chyba nastało południe, dzwon zamilkł dawno. Nie wiadomo kiedy ucichły kląskania i świergoty. Musiałem odejść już ładny kawałek, bo służący chłopskim wozom trakt niepostrzeżenie przemienił się w zwykłą dróżkę. Zanikły przydrożne łęgi, a mozaika uprawnych ziem, jasnozłote łany żyta ustąpiły miejsca morzu szarego, jałowego żwiru; wyłaniały się z niego kępiaste archipelagi ostrych traw i ostów oraz piegi narzutowych głazów. Tylko szemranie dobiegało mnie nadal, szum na przemian to słabnący, to zanikający. Kojąco-niepokojący. Równinna okolica przeistoczyła się w krainę wydatnych kemowych pagórów poprzecinanych wąskimi dolinkami.
Coraz węższa ścieżka wiodła teraz usypującym się, piarżystym zboczem. Tuż obok, nieomal u stóp, miałem pozbawiony roślinności jar. Tu i ówdzie pobłyskiwało w nim coś nieprzyjaźnie, zapewne potok. Szedłem uważnie, patrząc pod nogi, ilekroć jednak podnosiłem głowę, ażeby przepatrzeć przed sobą przestrzeń, w oczy pełzła tępa czerń pluszu jakby wybrakowanego czy wytartego, obwiedziona jaskrawoczerwoną lamówką.
Podejście to trwało wszystkiego kwadrans, a może ledwie pięć minut, lecz odnosiłem wrażenie, że nie miało początku i nie będzie mieć końca. Ni dobrego, ni złego. Słońce prażyło. Nie było sposobu uchronić się przed nim, odpocząć. Sunąłem w górę z coraz większym mozołem. Mięśnie łydek odmawiały wysiłku, szum stał się nieznośny. Doszedłem do głowiastej buli z wystającym pióropuszem skałek. „Skąd, u licha, wśród kemów krasowe formy?” – zdziwiłem się nie bez zachwytu, albowiem igliczki rzucały nieco cienia na perć. Dławiony zadyszką przykucnąłem.
Byłem wyczerpany do cna. Tak osłabiony, że próbując zawiązać rozluźnione sznurowadło, straciłem równowagę i upadłem na bok bezładnie niczym źle wyważony worek z rupieciami, który z uporem wciąż dźwigałem w głowie. Jedynie scena niegdysiejszych włóczęgowskich brewerii zmalała, straciła na ostrości, postradałem też chyba, wycierając pot z czoła, torebeczkę migdałów.
środa, 18 stycznia 2012
SKRÓ
SKRÓ
Trzecia środa stycznia to Dzień Oszczędności i Skrótu. Jak sama nazwa wskazuje, w takim dniu prócz chytrzenia z wdziękiem, wykazywania konsekwencji w sknerstwie i demonstrowania pryncypialnej dbałości o sakiewkę wypada stosować rozmaite skróty – od perspektywicznych po myślowe, nie wyłączając tych dotyczących wypowiedzi, a także przemów, czyli mownych oraz oratorskich. Jeśli chodzi o mnie, DOiS obchodzę z przyjemnością, albowiem od młodzieńczych lat jestem zagorzałym zwolennikiem skrótów. Mogę się pochwalić, że z czasem w ich stosowaniu zyskałem biegłość, a nawet maestrię.
Tak, tak! O skrótach zastosowanych osobiście jednorazowo bądź wielokrotnie, również o tych, które zaplanowane w szczegółach czekają w kolejce do użycia lub dopiero raczkują, snują się po peryferiach umysłu nieukształtowane jeszcze i enigmatyczne w treści, jako rutyniarz potrafię prawić w nieskończoność. Jeśli trzeba, to uroczyście. Właśnie dlatego już za kilka godzin w siedzibie Polskiego Towarzystwa Obfitości Wzajemnej wygłoszę okazjonalny wstęp. Jednym słowem to będzie mój dzień. Bez dwóch zdań.
wtorek, 17 stycznia 2012
SMUTEK POLSKIEGO SPISZA
SMUTEK POLSKIEGO SPISZA
Wybraliśmy się na spacer do lasu. Ja, Marlena oraz Basia.
- Dobrze byłoby wyjechać na tydzień w góry. Tym razem nie do Zakopanego, nie na Podhale, lecz tam, gdzie do zwiedzania są piękne pałace, zamki, sanktuaria – rozmarzyła się Marlena opodal wydmy zwanej Lisią Górą.
- Z pewnością masz na uwadze Spisz. Też u podnóża Tatr – pochwaliłem się rzadko spotykaną karpacką wiedzą. – Zamki w Czorsztynie, Nidzicy... a po słowackiej stronie w Kieżmarku, Spiskim Hradzie, Starej Lubowni...
- Myślę raczej o Sudetach. Książ, Chojnik... Wambierzyce... Ale to kawał drogi. Zbyt daleko jak na tygodniowy wyjazd.
- Wcale nie. Z Warszawy do Wrocławia masz mniej więcej trzysta sześćdziesiąt kilometrów, do Wałbrzycha dodatkowo z siedemdziesiąt. W sumie jest niewiele dalej niż do Zakopanego.
- Tylko że do Wrocławia trzeba jechać osiem godzin. Drogą straszną!
- Zakopianka też zatłoczona, często niemal nieprzejezdna – wtrąciła się milcząca do tej pory Basia – a mimo to jeździmy w Tatry często.
- Bez przesady. Zakopianka to komfort w porównaniu z szosą na...
- Już zapomniałaś? Ostatnio, w grudniu, z Krakowa do Zakopanego busik nas wlókł ponad trzy i pół godziny. Ledwośmy wytrzymały tę podróż.
- Czyli do Krakowa mamy pięć godzin jazdy, a potem co najmniej trzy. Razem osiem. W korkach. Jak do Wrocławia – zrekapitulowała zestresowana nagle Marlena. – I tu, i tam mordęga. Koszmar!
- Zwłaszcza jeśli do Krakowa jechać przez Wrocław – dodałem świadom, że znane są me różnorakie doświadczenia w stosowaniu skrótów.
- Nie lubię takich żartów – Marlena skrzywiła się ostrzegawczo.
- Żarty, nieżarty! Przecież do Zakopanego można dotrzeć szybciej. A już z pewnością wygodniej i na luzie. Bez stresu.
- Jak? Na skrzydłach?
- Przez Kacwin.
- Akurat! Żartujesz sobie. Nie ma takiej miejscowości.
- Ależ jest Kacwin. Oczywiście, że jest. Na Spiszu. Z Zakopanego trzeba jechać busikiem do Jurgowa. Tam łatwo złapać okazję, może być wóz konny, bo to rzut beretem, do Łapszanki. W Łapszance należy grzecznie podziękować woźnicy i przejść się spacerkiem wzdłuż granicy, niebieskim szlakiem, do Kacwina właśnie. A w Kacwinie, w samym środku wsi Kacwin, czeka na nas przyjemny busik do Krakowa. Co prawda jedzie się z przesiadkami w Krościenku i Nowym Sączu, ale komfortowo i trasą o dużych walorach poznawczych. Zatem, jeśli z Zakopanego jechać do Krakowa lub w drugą stronę, to tylko przez Kacwin!
- Przestań z tym Kacwinem! Twoje poczucie humoru jest po prostu żałosne. Chore. Wysłuchiwanie tej gadaniny powoduje we mnie zmęczenie. Smutek. Na spacerze chcę wypocząć, rozumiesz?
- A wiecie, byłam wczoraj z wizytą w szpitalu. U pani Edyty – próbowała ratować sytuację Basia. – Staruszka wyglądała wprost znakomicie. Odniosłam wrażenie, że mnie rozpoznała, bo uśmiechnęła się na mój widok ciepło. Nawet zagadała półgłosem, lecz... – nagle przerwała – Ach, nie wiem, czy dobrze zrozumiałam... czy... czy powinnam powtórzyć...
- Ależ, Basiu, powtórz koniecznie! – Marlena, pokazawszy mi demonstracyjnie plecy, wykazała głębokie zainteresowanie znaną jeno ze słyszenia panią Edytą.
Poczułem się jak łotr. Zbędny łotr.
- Hm... – chrząkała zmartwiona czegoś Basia – no więc... hm... spytała...
- No wyduś z siebie wreszcie, proszę! – zachęcała Marlena. – Śmiało!
- Spytała, co słychać w Kacwinie.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - VIII
VIII
Daremnie próbowałem wejrzeć w ów szary bezmiar, wsłuchać się w ciszę. Postawszy z minutkę, wydałem parę westchnień i ruszyłem w stronę majaczącego się sośniaka; tam właśnie wiodła jedyna jako tako rozpoznawalna ścieżka. Za nim powinny zacząć się wydmy; po ich wianuszku, wzdłuż podnóży, gdzie polanki, jałowce liczne, doczłapię jakoś do siebie. „Byle nie zagapić się, nie zbłądzić, nie trafić na mokradła! W dzisiejszej siąpaninie bym z nich nie wybrnął.”
W zadumie (wszelako bezsprzecznie dotyczącej błahostek, jako że myślane treści wietrzały ze mnie natychmiast) stąpałem miarowo: raz – dwa – trzy – cztery, raz – dwa – trzy – cztery. Niczym zaprogramowana maszyna. Automat jakiś. Nie bez kozery zaznaczam tę regularność, albowiem podczas medytacji bywa nierzadko, że plączą, mylą mi się nogi. Niejednokrotnie też gubię krok, a wtedy rusza ma prywatna karuzela smutków i popadam w apatię. Nic dziwnego, wszak kto lubi tracić? No kto? Nikt.
...
Jeszcze krok, a bym się nadział boleśnie. Ścieżkę dotychczas wygodną, szeroką, chociaż wynikłą, co zakonotowałem w pamięci dobrze, z lichej drożynki, przegrodziła kanciasta, masywna bryła nieprzystająca do swobodnych kształtów natury. Co działo się za przeszkodą, czy w ogóle istniała jakaś dalsza droga, nie wiem. Po pierwszym oglądzie uznałem, iż struktura bryły składa się ze skorupy i ciemnego wnętrza. Z czeluści ziało sekretnie grozą.
Ciszę przerwały chrzęsty znajome, kroki cudze…
Lekkie, ciężkie, taneczne...
Zewsząd.
Szelesty.
Chrząkanie.
Kwik.
I duże, maciupeńkie, i wciąż nowe kroki...
Ech, osaczono mnie w końcu! Nie było co zwlekać. Wślizgnąłem się do wnętrza niepostrzeżenie.
Podkurczyłem nogi. Żeby nie rzucać się w oczy ani nie widzieć samemu spodziewanego własnego końca, schyliłem głowę. Na nią naciągnąłem wiatrówkę; w razie czego zamortyzuje cios. Ogólnie biorąc, było miękko i ciepło. Przytulnie. Posiadałem wystarczająco dużo miejsca dla siebie. „Niczego mi nie brak” – uznałem z zadowoleniem.
...
„W rzeczy samej wszystko mam...” – hamowałem ziewnięcie – „wszystko…” – ponieważ zawczasu przymknąłem drzwi jak najstaranniej, jedno skrzydło na zasuwkę i haczyk, drugie zaś przytrzymując pręt poziomego wieszaka, pozostało mi już tylko ściszyć oddech.
Ściszyłem.
...
Zatrzepotało.
Połaskotało w lewe ucho z sympatią.
Potem zaszyło się w sweterku kusym.
niedziela, 15 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - VII
– VII –
- Jak to nie ma? – wybełkotałem. – A tamci? – ręką zatoczyłem krąg.
A żeby ich pokręciło, drani perfidnych! Tchórzy!
- Nie ma tamtych.
- Dopiero co byli. Prześladowali mnie cały czas. Teraz się pochowali, ale są... cały czas są i drwią ze mnie. Może z ciebie, Bysiu, też... – niemalże łkałem. – I z roweru...
- Nawet, jeśli są, trzeba założyć, to ułuda – Bysiowe spojrzenie jakby zmiękło. – Nie ma innej rady. I jak ja trzeba wtopić się w siebie. Ekskluzywnie i pryncypialnie. W szarość doskonałą. Jak ja – powtórzył, by podkreślić. – I w sobie szukać przeszłości trzeba. Znalazłszy zaś smakowity kąsek, smakuj ją, smakuj! Nie poganiaj, by ustąpiła miejsce teraźniejszości. Swojego czasu i tak nie prześcigniesz. Ba! Nie dogonisz go – z czułością pogłaskał kierownicę. – Nawet na wyścigówce.
Nie przerywałem mu, zaskoczony. Opodal, z tyłu kolegi Bysia, w sośninie młodej zza wywróconej karpy wychylała się ciekawska głowa.
- Tak, tak... – podjął po chwili zadumy. – A gdy już posmakujesz do woli to cudeńko w sobie i przeżujesz je, przemieść się odważnie, straceńczo, ale rozumnie, ważąc wszelkie konsekwencje, zyski i straty, w inne rewiry. Przeszłości, ma się rozumieć. W ostateczności, przymuszony nieprzyjaznymi okolicznościami, możesz salwować się ucieczką w przyszłość. Lecz nie wolno pozostawać w niej ponad niezbędne minimum, albowiem to przeszłość właśnie jest naszą przyszłością. Pojmij to. Naucz się żyć bez teraźniejszości.
- Bez teraźniejszości? Jakże tak?
- Czas teraźniejszy jest lepki. Brudzi i bruździ. Prowadzi na manowce. W przepaść. Osobiście trzymam się od niego z daleka – zapewnił. – Nie tylko higiena, moje poczucie estetyki tego wymaga. Nie myśl sobie! Poza przygodnymi wyjątkami – zdegustowany Byś wycelował we mnie palcem – taki jest świat wokół mnie. Dzik, na przykład, w gazetach szuka wiedzy o tym, co się wydarzyło, a nie o tym, co się zdarza. Żyje przeszłością, wspomnieniem pozyskanego na ryjowisku żołędzia. I szary jest jak należy. Szarobury. Szaroburość kształtuje świadomość. A cała reszta, owe błyskotki, świecidełka, kwiatki i perfumy są gadżetami bez wartości ni znaczenia – na twarzy jego wykwitł grymas obrzydzenia. – Albo... – zamilkł.
- Albo co? – podchwyciłem.
- Albo, skoro nie umiesz żyć bez teraźniejszości, kryjówkę znajdź sobie. Jamę jakąś. Dziuplę.
- Kryjówkę to ja mam w domu. Do lasu wyszedłem po wolność.
- Wyszedłeś z domu? Zgłupiałeś?
- Ty też wyszedłeś.
- No tak, ale mój dom zszarzał dziś tak, że nie wiedziałem, gdzie ja, gdzie wyjście, gdzie wejście. Zlał się w jedno z rowerem i światem. Więc wyszedłem, żeby zidentyfikować się i porachować w samotności. Szło nieźle. Do czasu. Niestety napatoczyłeś mi się. Pech!
Uczułem przykrość.
„U mnie drzwi wejście i wyjście to te same drzwi. Szerokie, wygodne. Nawet po ciemku nie sposób do nich nie trafić. I to mych barw, błyskotek, słów zatrzęsienie wszędzie. Wszystko wszędzie, czyli na swoim miejscu” – dookolna szarość i mżawka, krzaki, drzewa i ścieżki, szepty, szumy i chrzęsty leśne jęły zwolna zlewać się w całość. – „Mydła też nie brakuje” – nie omieszkałem uzupełnić z przekąsem. Posłyszałem jeszcze płacz łożysk w rowerze i nastała cisza.
sobota, 14 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - VI
VI
Z generalnej szarzyzny dżdżu wyłoniła się skrzypiąca szarość drobna – kształt ludzki nacechowany mechanicznie. Z trudem rozpoznałem w nim kolegę Bysia, miejscowego malarza in spe, który od półwiecza przebywał w stanie artystycznej nieważkości, miłośników sztuk pięknych obdarzając jeno uśmiechem Mony Lizy. Niepozorny, wymizerowany prowadził rower o małych, dość krągłych kołach. Za siodełkiem sterczał metalowy koszyk. Kierownica chyba się boczyła na koła. Przypuszczalnie konstrukcja zawdzięczała spójność paru plastrom, parcianej taśmie oraz drutowi. I kolega, i rower jednakowo polukrowani byli na oko trudno usuwalnym, wysokiej jakości szaro-burym brudem. Chociaż Byś był pierwszym napotkanym znajomym, jego obecność niespecjalnie mnie zachwyciła.
- Witaj, Bysiu!
Kolega Byś coś burknął.
- Ho, ho! Ależ wehikuł! Gdyśmy spotkali się poprzednim razem, chyba prowadziłeś inny, też terenowy i na kołach – iżby zatuszować brak entuzjazmu, przydałem głosowi cieplejszej barwy.
- Kilka posiadam wehikułów takich dwukołowych – nie tając niechęci, odparował hardo kolega. – Dziwi mnie jednak, że zapamiętałeś takie szczegóły. Szedłeś z nosem w gazecie. Do ostatniej chwili udawałeś zaczytanie, żeby tylko minąć mnie bez słowa – z Bysia emanowała już czysta wrogość.
- Ten tu to zapewne sprzęt zaczepno-odporny – postanowiłem trzymać się ściśle tematyki interesującej cyklistów.
- W rzeczy samej – ustawił rower półprofilem, gotów cisnąć nim we mnie z zamachem.
„To wariat! Oszalał na stare lata! Muszę mieć się na baczności. Póki nie odejdzie, trzeba udawać pogodnego głupka” – myślałem. – „Tak będzie najbezpieczniej.”
- Włóczą się po lesie różni tacy... niesympatyczni... więc może się przydać – zażartowałem z wysiłkiem. – Sądzę, że w przypadku ataku... przez dzika... – stękałem – można wycelować weń kierownicą.
- W dzika? Hę? Kierownicą? – zastanowił się przez chwilę. – Nie boję się dzika. Zresztą w niego lepiej celować gazetą.
- Oczywiście myślisz o dziku z ambicjami, ciekawym świata? – pokiwałem głową w pojednawczym geście.
- Z innymi nie przestaję.
- Brak mi doświadczenia, lecz przypuszczam, że trudno dzika zmiękczyć gazetą! Efektywniej będzie zaskoczyć go kierownicą i uciec na drzewo.
- Dzik cierpliwy. Poczeka pod drzewem, aż owoc zleci. Gazetą.
- No to za drzewo. Ty w lewo – on w prawo. Ty w prawo – on w lewo. Zmęczy się, tańcząc takie la-ba-da.
- Sam-bę – wycedził Byś, mocniej ująwszy kierownicę.
„Szaleniec zatłucze mnie w rytm samby, jeśli nie ucieknę, póki czas!” – omiotłem wzrokiem przestrzeń. Krążyli tu i ówdzie między krzakami, przemykając chyłkiem lub dostojnie krocząc, wszelako nie zbliżali się zbyt blisko; potrafili utrzymać dystans. Wiedziałem jednak dobrze, iż dokładali wszelkich starań, by łowić uszyma miazmaty, każde słowo nasze. – „Muszę nawiać im wszystkim...ale jak?"
- Przepraszam. Sambę. Masz rację.
- Uważaj! – pogroził palcem. – Sondowałem cię. Oczywiście chodzi o tango. Tan-go!
- No jasne, tango! – zgodziłbym się nawet na cza-czę. – Ewidentnie, ha, ha, ha!
- Otóż – przyglądał mi się uważnie – otóż dzik się nie zmęczy. Przetrzyma tango i z triumfalnym kwikiem, z chrząkaniem zajadłym weźmie na kieł.
- Och, Bysiu, Bysiu, postanówmy coś wreszcie! Znajdźmy konsensus i przepłoszmy tego dzika w zgodzie, do licha, bo stoimy, mokniemy, a deszcz się wzmaga. Włóczęgów przybywa.
- Jesteśmy tylko my dwaj. Ja z rowerem, ty zaś bez gazety, za to wzywający dzika na pomoc – wbił we mnie szary wzrok. – Prócz nas nie ma nikogo.
piątek, 13 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - V
V
Wszelako z radości mej wnet nie zostało ni śladu. Nie dość bowiem, że ucieczka przynosi uciekinierowi splendor na ogół mierny, a satysfakcję problematyczną, bo przeważnie większą temu z uczestników zdarzenia, który pozostał na miejscu, utrzymał pole, to trudno wciąż dawać nogę bądź kryć się w lesie, który powinien być bezpieczną przystanią, w razie potrzeby stanowić drugi dom. W dodatku przybywały kolejne indywidua. Pomykały tu i ówdzie wskroś lasu, spowite w woale mżawki, przedzierały się przez bujne krzaki mych fantazji, opary fobii, czyhały za szpalerem wysokopiennych obaw, wabione gorącem histerii czy chłodem chybionych kalkulacji. Zamiary miały coraz bardziej widome. Jednoznaczne. Niecne i wrogie. Przypuszczalnie podlegały też taktycznym przeobrażeniom, tak czy siak nie brak było z ich strony gestów i znaków, od których dech zamierał w piersiach.
Ach! Znów któryś przemknął, śmignął tuż przed nosem. Niemal potrącił, łobuz! Zachwiałem się, z impetem wdepnąłem w kałużę. Była głęboka. Poczułem wodę w bucie.
Sytuacja dawała mi dyskomfort również z innego niż mokra skarpetka powodu. Otóż zaludniający las nieidentyfikowalni osobnicy zarazem byli mi niezupełnie obcy, odczuwałem wobec nich jakby rodzaj pokrewieństwa czy raczej powinowactwa. Wspólnotę losów, oczywiście pozorną. Rzekomą...
"Wspólnota, ha, dobre sobie! Ich i moje zamiłowanie do cierpienia niewygód podczas przechadzek, przebieżek po przypadkowo deszczowym lesie nie jest wystarczającym dowodem na istnienie wspólnoty. Jeszcze nie. Jednakże niewykluczone, że wspólnie realizujemy czyjś bardziej skomplikowany plan. Hm... niewątpliwie jest jakaś nić między nami, łączące nas spoiwo..."
Właśnie, jakaś nić! Wspomniałem już o kurtce jednego z tych typów, że onegdaj nosiłem bardzo podobną i że nadal ją posiadam. Jakkolwiek poczucie, że ubiorów zauważonych na dzisiejszych typkach sam używałem przed kilku czy wielu laty, rosło z widokiem każdego kolejnego przybysza, to przecież konstatacja taka była po prostu śmieszna, funta kłaków nie warta. Miliony ludzi na świecie, tysiące w jednym regionie ubierają się identycznie – to efekt nie wyłącznie mód i przyzwyczajeń, lecz również rachunku ekonomicznego producentów w globalnej wiosze.
"Wpadam w paranoję. Muszę coś postanowić szybko. Koniecznie!"
"Tylko co?"
"O, laboga, laboga!"
"O, biedny ja, biedny!"
...
czwartek, 12 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - IV
IV
Był to osobnik obcy, jakkolwiek z postury i ruchów kogoś mi przypominał. Przeglądając w pamięci poczet bliższych i dalszych znajomych, przystanąłem; wiadomo bowiem powszechnie, iż myślom łatwiej krążyć po głowie stabilnie osadzonej w jednym, ściśle określonym miejscu w przestrzeni.
Znajdował się już niedaleczko, o rzut szyszką... tak bliziutko, że bez trudu rozróżniałem szczegóły oraz barwy jego ubioru: czarne spodnie, równie czarną włóczkową czapę, nader rozciągniętą, i treściwą, w sam raz na tęgie mrozy, granatową kurtkę z bordowym kołnierzem.
„Mam taką samą, w wiadomej szafie” – przemknęło mi przez myśl.
Mój egzemplarz, sprowadzony z Zairu, był jedyną praktyczną rzeczą na tamtejszym rynku dóbr przenośnych, dostępną dbałemu o souveniry turyście (jeśli nie kolekcjonował maczet), nadto oferowaną za śmieszną cenę bawełnianej przepaski na biodra.
Już, już, wziąwszy pod uwagę potencjalne zagrożenie agresją, chciałem zagadać uprzejmie, spytać, gdzie nabył swą kurtkę, nader rzadki okaz w naszym kraju, gdy intruz niespodzianie dał nura w gęstwę jałowców i przepadł.
Zaszumiało, powiało chłodem. Dał się słyszeć chrzęst opodal, niemal za plecami. Identyczny z tym w domu, gdy obchodziłem szafę przed wyjściem. Zamarłem w trwodze.
„Bez dwóch zdań, nie na rękę komuś moje wyjście na świat. Zawadzam, więc się skrada teraz, by mi krzywdę zrobić”.
„A może na rękę właśnie?” – olśniło mnie nagle.
„Na rękę nie. Raczej nie...” – jakże łatwo jest w plusze, na zimnie poddać się zwątpieniu.
„Po co te złudzenia! Na rękę!”
„Skądże znowu! Ależ tak! Nie na rękę! Oczywiście! Absolutnie!” – zamotałem się beznadziejnie w gmatwaninie rąk cudzych. – „Niechże już się los pisany mi ziści!” – odwróciłem się znienacka.
Ech, wyobraźnia... ech, emocje wielkie…a tu nic takiego: cherlawa gałązka sosny nie oparła się podmuchowi wiatru, opadła na patyk jakiś i kiść liści. To one musiały zachrzęścić tak złowrogo właśnie.
„Co za ulga!” – odetchnąłem głęboko, jednakowoż przedwcześnie: z boku, na jaśniejącej pośrodku brzeziny polanie, typek w gumowanym płaszczu obchodził miejsce, w którym tkwiłem, szerokim łukiem, demonstracyjnie udając, iż mnie nie dostrzega.
Namnożyło się jegomości dziwnych! Po drugiej stronie, w krzakach jakiś inny przyczajony: szalikiem przesłonięta gęba, na nogach gumiaki, na grzbiecie kapota czarna, połyskująca (mam w domu podobną)... zza pleców wystaje kij długi... detektor metali... Czyżbym zoczył hobbystę? Amatora skarbów?
Zerka na mnie podejrzliwie, spode łba. Boi się. Kto wie, może nielegalne są takie praktyki?
„Nie od dziś moja postać budzi słuszny respekt, co prawda wśród dzieciarni głównie, lecz jednak. Pewnie w jego oczach wyglądam na strażnika” – wyprostowawszy się, przybrałem minę, wedle własnych wyobrażeń, funkcjonariusza wysoko postawionego w hierarchii służbowej. – „Prawidłowo! Tak powinno być!”
„A jeżeli wzbudzę popłoch? Gniew? Furię?” – przemknęła przeze mnie groźna myśl błyskawicą. – „Zaprawdę, lepiej nie podchodzić, nie pytać o zezwolenia, dokumenty, brakujące pieczątki i podpisy. Odejść, skoro można! Uciec, pókim cały!”
Pozorując brak zainteresowania, wróciłem bez zwłoki do poprzedniej figury i przyśpieszyłem kroku. Z pewnością obserwował mnie, gotów do ataku (ho, ho, tacy nie uciekają, nie porzucają sprzętu cennego; to psychopatyczne charaktery, zbrodnicze instynkty budzą się w nich na zawołanie). „Zatłucze mnie, zadepcze kaloszami, zadźga nożem lub uchwytem wykrywacza!” – poczułem, że nogi mi miękną, z nerwów kluczą...
Nagły zakręt drogi... długi... długi nieskończenie!
Wreszcie skręciłem.
Uff!
Uff! Cud! Dziw, łaska niebios, uśmiech fortuny śliczny! Udało mi się, umknąłem degeneratowi z oczu.
środa, 11 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - III
III
Zagościły dreszcze we mnie. Wychodząc z domu, na sweterek kusy (szczęście, iż wełniany) narzuciłem wiatrówkę odpowiednią ledwie na babie lato, tu zaś przydałaby się kurta długa, najlepiej z podpinką i odporna na wilgoć. Ech, próżne żale – dwie takie pod mola czułą opieką zostawiłem w szafie dopiero co wspomnianej. Nie dumałem jednak o powrocie. Szedłem dalej zadziwiony, że skłonny byłem tyle czasu i myśli poświęcić dzisiaj odzieży. Więcej niż uprzednio przez cały rok. A przecież nie zrobił się ze mnie żaden strojniś rozkapryszony przez lustro, naprawdę; uważam siebie co najwyżej za eleganta skromnej, opłotkowej klasy. Słota obecna zaś... cóż, skoro dżdżu nie mam jak ani czym okiełznać, oswoić, warto spróbować doń przywyknąć, uwagę zaś trzeba skoncentrować na czymś innym...
Na ideach? Niechaj się zastanowię, kiedyż to dokonałem skłonu duszy przed ideą wielką... skutecznego... Musiało to być dawno temu... coś mi mówi, że przed wiekami, w innej epoce jeszcze... A ostatnie wysiłki zdały się chyba tylko psu na budę... Tak czy owak sczezły bez śladu te starania mizerne i, podejrzewam, w dużej mierze pozorowane... Nie! Nic z tego! Idee bezwzględnie odkładam do przyszłego razu. Na następny las. Wszak takie przedsięwzięcie wymaga zawczasu treningu mentalnego – odpowiednio wyszlifowanej formy psychicznej, a także intelektualnego pudru i szczypty romantycznego wyrachowania, którego mi permanentnie, rozpaczliwie brak. Po łebkach niczego nie osiągnę, to oczywiste...
Hm... na czymś innym... Przepatrywać mchy, krzewinki wśród listowia ścielącego się gęsto? Grzybkowych łebków w tym runie szukać? Wprawdzie do tej pory nie uświadczyłem nawet gąski późnej, szarej, lecz grzybnia, być może, wciąż ma siłę penetrować glebę próchniczą, włóknistą, pod mchem z chłodu niestężałą jeszcze; nie brak sygnałów, iż na skutek długotrwałej ciepłej aury żywym istotom mylą się miesiące, wegetacja trwa...
Albo na sylwecie się skupię, która zaczerniawszy przed minutką przecinkiem na krańcu widzialnej drogi, potężniała wolno, jakby niepewnie, z niejakim oporem nabierając ludzkich kształtów...
wtorek, 10 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - II
II
Na pochyłym nieboskłonie, częściowo przesłoniętym sosnami, rozstąpiły się mgiełki i nagle olśniło mnie bielą najjaśniejszą z bieli, nakazało zachłysnąć się sobą słońce wyraziste i badawcze, aczkolwiek, rzekłbym, wielu oblicz, niejako oczaste, a przy tym nieco zezowate, a nawet osobliwie spiczaste, nie zaś poczciwie krągłe i doskonale pojedyncze, osobne jak się patrzy. Opromieniony otworzyłem furtkę i omalże na ślepo, wciąż w oszołomieniu zupełnym poszedłem do lasu, bezwiednie obierając kierunek na Drogę ku Górze Ojca.
Szedłem bez pośpiechu. Wokół ni śladu żywego ducha. Towarzyszyła mi cisza. Cieszył każdy krok. Skwapliwie omijałem kałuże o brzegach czarnych, grząskich, pokrytych zdradliwym igliwiem i chyba myślałem tylko o tym, by nie poślizgnąć się ani nie pochlapać nogawek, w każdym razie nie wiedzieć kiedy minąłem ostatnie zabudowania i znalazłem się w lesie akurat strojnym, szumnym, chociaż nie była to jeszcze knieja prawdziwa – zbyt wiele krzyżowało się tu ludzką inwencją poprowadzonych prostych ścieżek, a może również pokrętnych interesów.
Oto i on! Jak zwykle w taką pogodę, co dobrze pamiętam, sporo w nim się dzieje. Gdzieś nad mą głową, na wysokiej sośnie ćwiczy sopranowe pasaże kos dość cięty, jak się wydaje, na dzięcioła opodal na konarze dębu dziób ostrzącego tak zapamiętale, że czarny berecik ledwie trzymał się łebka. Wzdłuż ścieżynki para łosi – klępa z łoszakiem – smakując napotkane gałązki, przedzierała się przez zarośla na rozległą i pełną uroków, chociaż rzadko uczęszczaną, schowaną przed intruzami polanę. Towarzyszące mi dotychczas słońce, pozbawione woli uczestnictwa w zagęszczaniu leśnych zdarzeń, spomiędzy drzew odeszło w niskie chmury, gubiąc po drodze spojrzenia swych licznych oczu. Gdy wizytowałem to miejsce po raz ostatni, sypał gęsty śnieg. Człapałem wtedy na nartach ku wydmie, której zboczem następnie jąłem wspinać się z uporem tak wielkim, że koniec końców, ku memu bezgranicznemu zdumieniu, wniknąłem między chmury. Jak to słońce dzisiejsze, tylko że ja z nieporównanie większym mozołem. Ech, jakże miło oddać się wspominkom...
Kwadrans? Pół godziny? Jeszcze więcej? Nie sposób określić, ile czasu przebywałem na tej ścieżce, zanim złączyła się z Drogą ku Górze Ojca. Wiem za to, że łosie pozostały daleko w tyle, tamten kos ucichł, zaśpiewały nowe, a do dzięcioła podleciał kowalik i po krótkiej naradzie obaj zgodnie ulecieli, gdzie brzezina. Nie wiadomo kiedy przylgnęła do mnie sikorka czubatka. Wyraźnie uparła się wskazywać mi kierunek lotem nierównym, jak to u niej, nerwowym. Odlatywała wzdłuż pobocznej ścieżynki na kilka metrów, siadała na przygodnej gałązce, odwracała łebek, sprawdzając, gdzie jestem, żeby zaraz zatrzepotać skrzydełkami, zawrócić, zakwilić kilka nutek i znów odlecieć. Sytuacja była zabawna; przygodny obserwator mógłby pomyśleć, że jestem zdany na przewodnika. Skądinąd drogę tę dobrze znałem – dukt, choć miejscami kręty, wiódł bez przeszkód na Górę Ojca, będącą od lat naturalnym celem licznych wędrówek. W pewnym momencie ptaszyna skręciła w lewo między zarośla, w drożynę wąską, dotychczas nieznaną. Zawahałem się. Co lepsze? Stracić towarzysza wędrówki i realizować pierwotne zamiary czy zejść ze znanej trasy i, być może, wytyczyć sobie kolejny ciekawy szlak? Nie chcąc uczynnej sikoreczce sprawić zawodu ani przykrości, zboczyłem z Drogi. Ledwie minąłem gęstwę pierwszych krzaków, ścieżynka przeistoczyła się w trakt wygodny, bo gładki i mało zapiaszczony. ”Ależ niespodzianka! – deliberowałem zaciekawiony. – „Może to skrót jakiś, nieznany mi jeszcze? Taka sikorka z pewnością zna wszystkie skróty”. Wkrótce jęło na przemian to siąpić mżawką, to kropić deszczykiem drobnym, niemniej kłopotliwym bardzo; nie miałem parasola, a kaptur musiałbym przytrzymywać rękoma, bo spadał na oczy, uniemożliwiając orientację w terenie. Zresztą szyty z cienkiego płócienka nie nadawał się na deszcz.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Z NOWYM ROKIEM - I
Z NOWYM ROKIEM
Wprawdzie na co dzień nie używam żadnego z kalendarzy, jakimi za sprawą aniołka szczodrze obdarza mnie bożonarodzeniowa choinka, ani nie zerkam do szuflady kredensu, gdzie przechowuję sprawne zegary, jednakże sądząc po obfitości łopotów, zgrzytów i chrzęstów, których specyficzną kakofonię właśnie odczuwam w głowie, nastał nowy rok. Ponieważ w ostatnim czasie, niejednokrotnie dającym posmak wieczności, nadmiernie obrósłszy w rozmaite dobra – nabytki, upominki, łupy pokaźne oraz łupinki tak niepozorne, że nie warto chwycić za miotłę, pochylać się nad nimi – gnuśniałem w swym loszku, teraz zyskałem dobry pretekst, iżby gwoli pogimnastykowania się, choćby tylko chwilowego rozprostowania mięśnia wyobraźni, z pokusy przeprowadzenia drobnej korekty jaźni, a także z prozaicznej potrzeby dokonania paru głębszych wdechów i wydechów wyjrzeć na świat niezobowiązująco i dość bezpiecznie; jak sądzę, niewielu się zdziwi nadmiernie tym moim wyjrzeniem, zwłaszcza że w dzisiejszych skomplikowanych, niepewnych czasach stale wygląda coś na coś, na to lub owo przewidziane bądź niemożliwe do pomyślenia i zobaczenia. Mało tego: można z dużym stopniem prawdopodobieństwa przypuścić, iż fakt, że wstałem od sztalug i wychynąłem zza niedokończonego obrazu, zza regałów, stosów książek i stert papierzysk, by uczynić wpierw nieśmiałe, bezszmerowe ćwierć, a ponieważ poszło całkiem zgrabnie, rychło potem odważniejsze już, nieomal zamaszyste pół kroku ku nowemu, ku nieznanemu, zostanie zbagatelizowany, może nawet zwyczajnie przeoczony.
Nagle w pustynnej okolicy, w jałowym środowisku, gdzie na co dzień wegetują jedynie kaktusy wspomnień dawnej wątłej chwały, coś zabzyczało. Wnet poczułem ukłucie niecierpliwego żądła. „Ech, ta miłość własna!” – westchnąłem. – „Trudno sobie dogodzić.”
Uniosłem się ciężko z ulubionego krzesła. Zaskrzeczało sroką w sercu, zaszumiało jodłą w uszach. Po chwili wahania wykonałem owe trzy czwarte, jeśli rzetelnie zsumować, kroku. Pomijając ptasie dźwięki i drzewo, a także psa, który zajodłował do wtóru gdzieś w sąsiedztwie, nie wydarzyło się nic szczególnego.
Ach! Zapomniałem o czterech kroczkach niezbędnych, żeby obejść szafę przepastną. Historyczną, bo wypełnioną płaszczami, kapotami, kurtkami, pelerynami, których wcale niemało znosiłem przez lata. Zaglądam do niej sporadycznie, bardziej z sentymentu niż obowiązku, aczkolwiek bywa, że w okresach natężonych stresów goszczę w jej mrocznym wnętrzu, dzieląc lichą przestrzeń z molem cichym i skromnym, bynajmniej nie namolnym. Można chyba mówić tu jeśli nawet nie o przyjaźni, to z pewnością o partnerstwie pełnym wzajemnego zrozumienia. Jak sądzę, osobnik ów, z uznaniem dostrzegając fakt, że w jego towarzystwie okiełznałem przykry zwyczaj wymachiwania rękami, doceniając też gest szeroki, pański, nabrał do mnie zaufania i sympatii – wprawdzie chroniłem przed nim artystyczne pędzle z włosia wiewiórki rudej czy kuny, to przecież nie żałowałem zbytnio uśmiechu ciepłego, szafowałem też wełenkami przednimi, wciąż stosunkowo świeżymi, chociaż przechodzonymi już dawno. Odprowadza mnie teraz mól mój, druh serdeczny, kto wie, może do drzwi samych...
Pierwszy... drugi... trzeci... czwarty...
Coś zachrzęściło, tuż za nogami! Obejrzałem się błyskawicznie. To tylko podłoga! Bukowe płytki nie są już pierwszej młodości.
Cisza zaległa zupełna.
Przesunąłem się zatem jeszcze odrobinkę, z rozwagą, tyle tylko, aby starczyło na przekroczenie Rubikonu niemocy. Coś zagrzechotało w lewym stawie kolanowym. „Alea iacta est” – podsumowawszy efekty dotychczasowych wysiłków, uchyliłem drzwi i otworzyłem oczy na świat, pozbawiony śniegu ogrom. „Dobry znak! Nie trzeba będzie rzęzić przy szufli” – ucieszyłem się.
czwartek, 18 listopada 2010
DROGA
Nie pisałem przez wiele, wiele dni. W tym czasie działałem aktywnie w sferze destrukcji. Między innymi wpływałem przedwyborczo na czynniki utwardzające ulice w gminie. W rezultacie ulica moja została dziś pokryta tak zwanym destruktem. Swoją drogą jestem niemile zaskoczony faktem, że sąsiedzi nie raczyli, jak dotychczas, wyrazić mi jakiejkolwiek wdzięczności. Mało tego, każdy uważa, że osiągnięcie to jest wynikiem jego własnych elokwentnych szlochów, krzyków, gróźb i błagań, a także uroku osobistego prezentowanego w kontaktach z wójtem, a bodaj i stróżem w Gminie. Gorzej nawet! Jeden z nich, stanąwszy na środku drogi, zażądał ode mnie natychmiastowego zwrotu łopaty ponoć mającej dla właściciela wartość zarówno materialnej, jak i emocjonalnej natury, sentymentalną. Nie wypieram się, skądże. Tę istotnie pożyczyłem o poranku, jednak chwila nieuwagi wystarczyła, iżby monstrualnych rozmiarów machina drogowa pogrzebała ją w destrukcie żywcem, a walec ubił. Gotów jestem stratę wyrównać plastikowymi grabiami, do których dołożyłbym wyłamanego właśnie zęba, byleby nie niszczyć nawierzchni ulicy, lecz sąsiad najwyraźniej jest nierad takiej zamianie, sroży się z każdą chwilą bardziej pryncypialnie.
Gdy tylko uporam się z owym natrętem, powrócę do czynienia zapisków na blogu, oby regularnych.

niedziela, 07 listopada 2010
SPOKOJNIE
Wyjąwszy zza pazuchy lornetkę, wycelowałem ją w kuchenne okno sąsiada, zresztą jedyne, które wychodziło na mą stronę. Sąsiad, wielce otłuszczony gbur co się zowie, siedział bez ruchu przy stole i dumał nad pustym talerzem. Obok na ceracie widniało kilka niezgorszych kromek chleba, również nóż i chyba deska do krajania.
Wtem sąsiad obrócił się i lekko nachylił. Coś podniósł. Znany mi kot znalazł się na stole. W pyszczku wciąż trzymał słoninę. Sąsiad wziął ją w palce delikatnie i obejrzał. Na obliczu jego zagościł szeroki uśmiech...
Zadygotałem ze złości tak, że spadłem z jabłonki. Na szczęście nie odniosłem żadnego szwanku. Me stanowisko obserwacyjne nie było usytuowane nazbyt wysoko, poza tym w pionowym przemieszczaniu się posiadam bogate doświadczenie. Nie chwaląc się, odbyłem w życiu sporo lotów z dachu czy drabiny, w finalnych zaś momentach szczególnych uniesień nawet z obłoków.
Co sił w nogach popędziłem do sąsiada. Drzwi jego domostwa były zamknięte tylko na klamkę. Wpadłem do kuchni. Rudy kocur zamiauczał, smyrgnął na podłogę i schował się pod stół. Sąsiad, poruszając żuchwami, patrzył na mnie szeroko rozwartymi oczyma. W dłoni trzymał nadgryzioną pajdę chleba z grubym plastrem słoniny. Ścienny zegar tykał monotonnie. Pomieszczenie było mocno nagrzane, pachniało kiszoną kapustą. Natychmiast ogarnęły mnie duszności, na czoło obficie wystąpił pot.
Na próżno spodziewałem się, że sąsiada ruszy sumienie. Podczas gdy ja półżywy zdzierałem sobie gardło, opowiadając mu hm... głodne kawałki o potrzebie bycia przyzwoitym, układnym i szczupłym, on miarowo żuł, planowo przełykał, spokojnie zapełniał usta kęsami słoniny. Mej słoniny.
sobota, 06 listopada 2010
JAK TO JESIENIĄ - MIGOTLIWIE
Obserwowałem, jak szubrawiec kot dochodzi do tuj, jak wślizguje się pod dolne gałęzie i nieruchomieje. Nie spuszczałem go z oczu. Po kilku minutach zamigotało powietrze; załopotało w nim ciężko. To sroka sfrunęła do słoniny, płosząc sikorki. Wybrała największy plaster, a jakże!
Nie szkodzi, sroczka też ptaszek i ma prawo sobie dziabnąć...
Więc niech dziabnie odrobinkę...
Ptaszysko nie żałowało dzioba nic a nic. Biło nim w słoninę mocno i wytrwale, szarpało ją metodycznie oraz kaleczyło sznurek mocujący plaster do gałęzi. Wreszcie sprytnie uwolniło jadło z pęt i uniosło całe w dziobie ku irytacji jednych sikorek a przygnębieniu drugich. Zatoczyło dwa kręgi nad ogrodem, zanim sfrunęło pod tuję w miejsce, gdzie dyskretnie rudziało wytworne futro opryszka. Wstrzymałem oddech. Zaraz dojdzie do zbrodni! Chciałem ostrzec nieszczęsną srokę, nadspodziewanie nierozważną i gapowatą, jednakże z przerażenia nie było mi dane nawet pisnąć...
Rozwarła dziób. Złożyła słoninę na kępce trawy...
Kot zwolna wychynął spod tui, wywijając beztrosko, wręcz radośnie kitą. W mordce trzymał jakiś krążek połyskujący metalicznie...
Ależ draństwo! Skandal nad skandale! Oniemiały patrzyłem, jak sroka dziobem delikatnie przejmuje monetę i kilkakrotnie w geście pożegnalnym kiwa kuprem. Ech, te dobre maniery kupieckie! Gdzie ona je podpatrzyła, do licha! Gdzie!
Ptak rozpostarł skrzydła i odleciał. Kot ujął słoninę ząbkami. Po chwili ujrzałem go, jak nieśpiesznie forsuje siatkę graniczną. Jeden skok i znalazł się na swej posesji. Tam już nic mu nie mogłem zrobić.
Dotarł do domu. Wszedł na schody ganku. Jeszcze rudy ogon zamigotał mi raz i drugi, zanim usłyszałem trzask zamykanych drzwi.
(cdn.)
piątek, 05 listopada 2010
O GOTOWANIU NA RATY
Jak przypuszczałem, trzeba było zmitrężyć sporo czasu, iżby wzmiankowane przed dwoma dniami dochodzenie koniec końców ziściło się. Jak dotąd ono ziszcza się zawsze, prędzej czy później, zatem znów jestem u siebie, chociaż chmurnie i wietrznie, a może również dzięki temu, znów jest mi dobrze – przytulnie i przyjemnie. Wprawdzie szarpią me wnętrze tysięczne tygrysy niepokojów, morale nadgryzają namolne mole stresów natury egzystencjalnej, a zdegenerowane od dawna komórki umysłowe doświadczane są boleśnie ruchliwymi mackami, sztywnymi jak szpikulce wypustkami porostów tak starych, jak i nowych, dopiero co wyklutych w blasku dnia i mroku nocy wyrzutów sumienia, lecz przecież tak się dzieje od lat; zdołałem przywyknąć.
Dobre samopoczucie dodaje mocy oraz optymizmu. Przedwczoraj czułem się nieomal mocarzem, różowe opary dobrych myśli promieniowały ze mnie gęsto na wszystkie strony. Przenosiny gór już tydzień temu przełożyłem na termin wiosenny, toteż nie bacząc na koszta, jakie być może przyjdzie mi ponieść, czas obecny postanowiłem poświęcić na studiowanie kociej natury, lecz nie tej ogólnej, zgłębianej od najstarszych epok przez rzesze badaczy i wielokrotnie opisywanej, a rudzielca z sąsiedztwa. W tym celu, osłoniwszy swe stanowisko dla niepoznaki starą kapotą, którą sąsiad onegdaj powiesił na żerdce podtrzymującej graniczną siatkę, zaopatrzony w lornetkę przyczaiłem się wysoko między konarami jabłoni.
W ogrodzie nie działo się nic ciekawego, jedynie sikorki podlatywały skubnąć słoninkę rozwieszoną z samego ranka. Przysnąłem raz i drugi...
Wiadoma to rzecz, że świat notorycznie schodzi na psy, wszelako w pewnej chwili poczułem, że on rudzieje. Rudzieje i skrada się ku słoninkom na kocich łapkach. Ocknąłem się. Przeczucie nie oszukało: kot stąpał po mchu mego trawnika bezszelestnie.
Ha! Na wspomnienie tamtej sytuacji krew się we mnie gotuje, więc gwoli dbałości o zdrowie dokończę później, zapewne jutro.
|
Zakładki:
Autor strony Marcin Niziurski
Sentymenty
|