TYGODNIK LITERACKI projekty i teksty literackie
Kategorie: Wszystkie | teksty literackie
RSS
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Z apetytem

 

 

Sądny dzień w raju.

Seksu głodny ogrodnik

ssał pąk jabłonki.

 

 


poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Pozdrowienia z altanki

 

 

 

W altance pilzner

obłaskawiany mile.

Lipca przywilej.

 

 


piątek, 22 lipca 2016
MOGŁO BYĆ INACZEJ

 


MOGŁO BYĆ INACZEJ

       W dzień

  opisuję tę naszą historię

niby świetlny labirynt. Pragnąc

 zdjąć z niego piętno przyćmienia,

   pomrokę, napotykam problem

 trudny a realny – mury, rzecz prosta,

postawione w poprzek, zapora

        przy zaporze i liszaje wspomnień. Złe

          cienie... krąg cieni. Za każdym razem

 przejść szukam,

    chociażby przełazu,

  którego nie ma przecież, nie ma

  między nami, jakby go nigdy

           być w ogóle nie miało.

             Przeszkody te biorą

             w skoku niczym konie tęcze

              wyobrażeń, gdyż tylko im wolno,

      z nimi jest inaczej.

         Nocą unikam skojarzeń ze światłem.

               Wszelakich.

Przyszłość planuję jako rwącą rzekę,

więc szeptem raz po raz pobudzam jej fale

nazbyt wąskie i krótkie, wręcz zamierające.

Chcę most skonstruować, by klamrą wygodną

 a trwałą połączyć warunki u brzegów,

krańce zdarzeń spadziste, otchłanne,

lecz krążą już straże uważne w pobliżu.

 Wokół skrzydeł patrzę i nie mogę znaleźć.

   Aż do świtu wskroś mnie mkną komety

        rozmarzeń, że mogło być wszakże, mogło być

        inaczej.

 

 

 

 

czwartek, 07 lipca 2016
DROGA NA ŁOMŻĘ PRZEZ OSTROŁĘKĘ

 

 

 

DROGA NA ŁOMŻĘ PRZEZ OSTROŁĘKĘ

 

Jak z werwą, a mądrze od kropki po kropce dotrzeć do kropki?

Nie grzech to obnosić się z takim problemem?

Znów kawa i piwo papieros brak formy

brak chęci brak ciągu brak środków na tytuł

z uśmiechem brak ścierwa agresji pomysłu na treści

brak pieprzu na finał brak sensu chaosu

na trudy początku. Ból w płucach i nerwy

znów skrętem pod piwo haust kawy epilog

remedia dla duszy zbawienie higiena

stek bredni absurdów nijakość symetrii

i lukier wyrazu pozorny futuryzm

wierutne skrupuły strasznego mieszczucha.

Drętwym umysłem uwiędłym konceptem na Rzym ruszyć pora

na Paryż lub Wiedeń

lub może na Łomżę przez Ostrołękę

wzrokiem łapczywie sięgając po New York – z wieczorem pod rękę.

 

Krzyż na krzyż przy drodze noga kroki myli

galimatias myśli plątanina nitek

sioło po siole światłem wyczerpane

zakręt znów zakręt lis koty kot zakręt

anioł stęka dobranoc diabeł szepce noc szpetna a dobry dzień dobry

wiadomo co nagle to po nich na asfalt rzut saren

i dalej na łąkę pod lasem pst! lament nielament pod nosem

poeta lokalny tam jambem porasta trochejem dach z chatą

związany refrenem na amen w modlitwie

na wszechwieki wieków: „wio mówię wio echo wio siwek”.

 

Chłop rządzi konfurką trochę potwór wąsaty szedziwy ćmi faję

i chrypi: wio siwy na amen! Koń ciągnie kopyta dół góra na zmianę

smak owsa pamięta wspomina pożąda niewąskiej pół miarki co

w żłobie – rży – wietrzność dziś marna – drży w tyle wór ziaren

strwożonych więzionych na żarna.

– Dziękuję. Bóg zapłać!

– Drogi bezpiecznej daj Boże szczęść Boże! Wio! wiśta wio siwy! do

stajni!

 

W dal pieszo. Ach! Znikąd się dzikus przyplątał! Pies świeży trop

wącha rzeczowo prozaik poeta nim kieł kły powbija w swój los

psi porządek – niebogę mą nogę przy kostce. Krzyk

darmo: prosić bogów Parnasu ratunku gdy abdykowali dość dawno

w katakumbach się bożą? Im trzeba na pomoc!

Czas mija. Pies sobie nic robi ogonem i potem dopiero za czasem

minionym znudzony umyka w swą dobroć; poigrać chce z kotkiem.

Pustota opłotki mgła ciemna – aktorka zarazem reżyser nastroju:

– las w wersów harmonię złożony losowo

– bezbronne bezzębne pól frazy i miedze – nietoperz z defektem

– wron hiperbole ciche. Tu piękno! Przelot miotły złą stroną

na czarno słabostką usterką pasażer w sutannie

wiatr pusty mu gmera. Spod oka ramienia strach szura

w rów chichot zającem w kapustę po prawej.

 

Dać temu wiarę?

    Za śmieszkiem szarakiem w zagonie warzywa już Ostrołęka

przed Łomżą się skrywa:

pierwszą uliczną latarnią śni miasto z przekorą rzekomy brak fabuł

rozpyla tematy po księżyc nad Narwią świetlista oferta towaru

wciąż żywa na jutro mej sławy jest prima wprost ekstra!

Wtem błysk! Flesz! Pamiątka! Opis trzech kropek z wyprawy po laur.

 

 


 

środa, 22 czerwca 2016
Powrotny

 

  Ot, podróż wielka...

Już swe w życiu zgryzł siekacz;

żegna go szczęka.

 


niedziela, 12 czerwca 2016
drążąc w kurzu

Może wrócę. Muszę się przemóc.

Pozdrawiam wszystkich jak najserdeczniej:)

 

wprzódy kurz dąży

dróżkę żuk drąży nóżką

dużo podróży

czwartek, 19 maja 2016
ULEWA

 

 

ULEWA

 

Chmurka, posłanka rozłąki,

pomiędzy łąki ich dwojga

wsiała pamiątkę

i sekret:

łezkę zaklętą w kamyk,

kamyk zaklęty w łezkę.

 

 


piątek, 06 maja 2016
Apetyt na troskę

    

 

     Z troski o zdrowie

        trzeba dużo i dobrze.

      Męstwo żarłoków.



niedziela, 24 kwietnia 2016
POST SCRIPTUM

 

 

POST SCRIPTUM – GRA W SKOJARZENIA

 

Sztuka życia i życie sztuki...

 

Chleb człowiekowi,

ptakowi skrzydła, rybie zaś woda.

 

Artyście sztuka,

jako że życiem, a nie twórczością.

Ów termin – sztukę – czarodziej demiurg

traktuje na ogół dość rutynowo,

indyferentnie,  bez głębszych wzruszeń

wymownym ruchem obydwu ramion

(chyba że bufon).

Jej rolę w żywocie twórcy atoli,

z celebrą mlaszcząc, dostrzega tkwiący

poza potencją, imperatywem kreacji krytyk;

acz nie jest w stanie zrozumieć maestra,

wejrzeć mu w trzewia, duszę i umysł,

w rację najgłębszą, potrzebę tworzenia

– ani gdy skrada się na paluszkach,

ani w baletkach, podkutych butach,

choćby używał mądrych określeń

i szufladkował, mamił ogładą,

choćby na wynos miał nos w obłokach,

nosił się wsobny jak, nie przymierzając,

w pracowni malarz, w „Weselu” poeta.

 

Artysta swe życie pisze dziełami

w autobiografii uczciwej do cna.

Sztuka nie stoi

pochlebstwem zgrabnym, dezaprobatą;

to twórcy – kreacjonisty i obserwatora –

sacrum, też bastion.

Dar człowiekowi.

 

 


czwartek, 14 kwietnia 2016
W oglądzie

 

Sąg belek w oku

 łzą pekluje, źdźbłem kole.

Ślepiec w speculum.

 

czwartek, 31 marca 2016
ŚPIEWNIE

 

 

ŚPIEWNIE

 

Dom biedaparter.

Na strzępach papy reszta komina,

próg wita jękiem, skargą zawiasy,

muchom dokucza obrzęk bzykadeł,

pająk u stropu gorzką nić przędzie,

rozpacz bez czucia trzeszczy w potrzebie

– oj, co tu było! och, co to będzie!

 

Skrzekiem dopadła go rzeczywistość.

Strach jął w nim wrzeszczeć:

oblepił ziemię, zaciążył niebu.

Poruszył górę i rzeki spełnił,

a nadaremnie – słowik w dolinie

piał nieprzerwanie arię na szczęście,

wędkarz rowerem poświadczył ścieżkę,

gruszki na wierzbie wciąż powszedniały,

słał śmieszki księżyc.

 

 

niedziela, 20 marca 2016
O LOSIE GÓRSKIEGO TURYSTY

 

 

Podróżne łóżko

piętrowe nuży. Trud prób

w pociągu do gór.

 

 


poniedziałek, 29 lutego 2016
O WOLNOŚCI Z NIEWOLĄ

 

 

O WOLNOŚCI Z NIEWOLĄ

„Chcę, bo muszę. Muszę, bo chcę.” 
„Sztuka w pełni rozkwita pod strażą wolności,
wolność rozkwita w pełni pod okiem rozumu.”
 (z pokładu maszynowni niemocy własnej)

   ...Wolność od
   i
   wolność do
   (Hobbes i Hegel przy jednym zasiedli kaganku)
   stygmatyzują artystów.
   Istota potęgi i magii sztuki... wszystko z nią można (drobnym wyjątkiem
   porządek tego, co ma zaistnieć w czasoprzestrzeni utworu;
   musi być przemyślany. Nawet jeżeli z rozwojem akcji spektrum detali
   staje się szersze, odsłania myśli, uwodzi bogactwem, ornamentyką,
   to ich zapachy, barwy, melodie powinny wrastać w rzecz organicznie
   – tak prawda każe i piękno powstaje; tak tworzą się czary).

Wolność artysty... Potrzeby utworu...
W duszy poety drzemią, rajcują, walczą pokusy,
żeby oszczędnie, żeby bogato, i by dosłownie, tylko sugestią,
i nieskończenie, i aż do końca.
Ogólne zderzenie tychże przeciwieństw wyraża konflikt swobody
z dyktatem, które to zwarcie jest na Parnasie widziane dualnie,
bo jako walka ducha z umysłem i jak zmagania twórcy z materią
dzieła (zmowę Zeusa Eluetheriousa z Erosem przeciwko Atenie
z Ananke śledzi rozjemca sporów o piękno Apollon).
Zwłaszcza w porywach nad chmury poezja winna przedstawiać
tę konfrontację w diapazonie pełnym, najwyższej potencji,
jakkolwiek jedynie Hypnos z Tanatosem dają artystom wolność
absolutną, pierwszy chwilowo, bywa, że gorzką, a drugi wieczną).

Brak walki realnej, kiedy wiktorii żaden z podmiotów odnieść
nie może... ale w poezji ta ewentualność nie występuje,
wszak nie-koniecznością konieczność uległa;
niewolnicą zaś wolność raz zwyciężona.
To niemożliwe też artystycznie bez wprowadzenia
ostrej dysharmonii i dysfunkcji dzieła, bez samozagłady
– albo narodzin tworu bełkotu, albo zmierzchu poety w bezwoli.

Koncepcja, że wolność uległaby presji, budzi odrazę, ale zarazem
nie można pragnąć, by autarkia zdominowała konieczność,
co twórcę postawi wobec perspektyw skrajnego bezprawia.
Oba pierwiastki, nieskrępowanie i obowiązek, powinny z walki
pod każdym względem wychodzić całe i równe sobie.
Boskim przejawem sztuki jest wolność o tej samej sile, co nakaz
– uniezależnia się indyferencja, spójnia absolutu, która jak
wszystko skończone, wszystko nieskończone tkwi w tożsamości.

Autonomia oraz imperatyw są skrajnym znakiem u podstaw sztuki
leżących przeciwieństw – najwyższym przejawem ich ten,
w którym, nie dławiąc wolności, zwycięża konieczność, i vice versa.
W autentycznym akcie tworzenia oba czynniki muszą mu sprzyjać
zgodnie. Żal, że jako pojęcia ogólne występują w formie symboli.

 

 

czwartek, 18 lutego 2016
RYTUAŁ



RYTUAŁ

Wczoraj, to było za pięć dwunasta,
do mojej furtki podszedł obdartus.
Włóczęga chrzęścił zdartym obcasem,
smykałką kroku skrzyp, chrup o piasek
pchał wózek z trudem, wbrew quasikółkom.
Oczy – meduzy. Nos – kartoflisko.
Marznący w kurtce garb trudowieku,
zmięty kapiszon; czerń-granat wszystko.
Zaraz na wstępie spytał o zdrówko,
czar starych godzin, bo wiesz, mój drogi,
wspomnienia noszę, udane mnożę,
a złe podmieniam! Ostrzę obrazy
nożem pamięci szybko i dobrze!
– ktoś niby we mnie śpiewem suflował.



poniedziałek, 01 lutego 2016
WSPOMNIENIE ŁĄKI

 

 

WSPOMNIENIE ŁĄKI



Spłoniony
rumieńcem po łące się
toczę powolnym dość cieniem
by oddać nareszcie klucz ptakom
przestrzeni z poręczeń słonecznych
mnie obręcz gasnącą chce księżyc
wziąć w oczy na świetną
wieczerzę sen
mroczny

 

 


 

środa, 20 stycznia 2016
DWA METRY NAD JAWĄ

 

DWA METRY NAD JAWĄ

Szukaj mnie! Goń!
Łap i zapamiętaj
piękno!

Resztką sił taszcząc wór, a w nim urok fraz,
sekret wiersza, co powstał tej nocy deszczowej,
w błocie wertepów pobrzasku
wśród gwiazd
ugrzązł kurier snu (choć może
drobny złodziej
to był, może handlarz agent
lub partacz dla żartu, orzeł młodzieniaszek).
Skonany wnet usnął na dobre.

Przykładem prawdy popadłej w przesadę
na polu fantazji, zaszalawszy
z kłamstwem,
też owa historia utraciła rozpęd
– wór nagle się zsunął i zawisł jak zawsze
w tym punkcie nadziei,
gdzie kiedyś wczepiony do bungee
pajączek poeta
snuł co dzień plan sieci,
w jaką wpadnie wszechświat.

 

sobota, 09 stycznia 2016
SFORA NIEBIESKA TAK SOBIE

 

 

      SFORA NIEBIESKA

        Pod wielką kopułą niebios
       dynda łagodną ułudą
    piekło...
  w nim na uwięzi Słońce
 – lekko nabrzmiały dzisiaj pęcherzyk czasoprzestrzeni
 łyska jak biały grzejnik;
 zafrasowany Merkury w poszukiwaniu zysku mimo niego
  przebiega; obok z dobrej aury korzysta gorąca Wenus,
    ponętna (gdy nieco podejść, czar jej negliżu pryska),
     w objęciach Marsa dumnego przy Ziemi nieswojej teraz,
     lecz znanej z mocnych reakcji na obce flirty, romanse
   (afirmowanej przez Księżyc, komety lampionami
 świecące poetom nocy, tęsknych serc nibygwiazdy,
oraz przez wiernych giermków, centurie meteorów);
obskurant Uran durny (gotów zawsze do zwady,
 z wszystkimi chodzić na udry), który półbrata Saturna
   akurat struł starym strudlem z wytwórni Kanikuły
      i skradł niezdrowemu sygnet, pierścień rodowy, z dumą
       stroi niemądre miny, ukosem zerka w lustro, gdzie absolutne
         władztwo swe w pełnym blasku roi, cesarski tron Kosmosu, bodaj
          Królestwo Plutoid; tu wodnik truposz Neptun, trzymając kij od
          harpuna w rozdygotanej dłoni, ogląda złamany trójząb; a modniś
          co się zowie, Pluton planetopodobny, strojny (pas od Kuipera,
         buty od Adidasa, spodnie dzwony skrojone normalnie podług
      rozkładu, to znaczy krzywej Gaussa... lot profilowany,
    prosty niczym nos jego... postawa plutokratyczna), zmysł ma
   handlowy: pcha pluton pcheł na eksport; zgoła niemłody patron,
   iście dostojny Jowisz, wcale nieprzymuszony podczas długiego
    spaceru Bulwarem Aureoli godnie ćwiczy podskoki
     – na skołatanej duszy troszkę robi się cieplej, łatwiej mieć
     ową ferajnę, Eris i Haumeę, Ceres i Makemake, słoneczne
    proscenium na oku, odrobinę mniej razi też arcytrudne sąsiedztwo
  mentalnie tu obcej próżni, jakkolwiek mróz trzyma srogi, okrutny
  wciąż niebywale, a jakiś dwunogi intruz włazi mu w mroku pod
   równik, ze złości cały się pieniąc, że wokół kręcą się różni pękaci
     bezproduktywnie, gdy głód Internetu doskwiera, brak jakichkolwiek
      dostaw prądu z elektrociepłowni, wody choć kroplomierzem, haustu
      świeżego powietrza; brak nawet non stop otwartego, wszak
     przyrzekanego gromko hipermarketu „Wszechświat”.


 

środa, 30 grudnia 2015
O NIEFORMALNYCH ZWIĄZKACH

 

 

O NIEFORMALNYCH ZWIĄZKACH
                                                             ŚWIATÓW ZWIERZĄT I SZTUKI

Glosa do metafizyki piękna w „Parergach i paralipomenach” Artura Schopenhauera


Jeszcze o czarze sztuki.

Muzyka to rozkosz tkana
tchem, smykiem czy dłońmi,
przeplatanie brzmień taktem na osnowie czasu
(nuty są mierzone jego odcinkami), natomiast obraz jest impresją
wdzięku, co trzepie skrzydłami niby motyl w siatce,
a także na słodką przynętę, na lep, ślepy traf ujętego w formę
wymierną wrażenia, które choć skończone, to przecież przelotne,
nawet jeśli dotyczy wieczności
(wówczas jej portretem).
Per analogiam wiersz – mowa pięknem wiązana, jego koronkami.
Ono chryzmatem organicznym sztuki, wirtuozerią przez umysł
kierowanej ręki połączoną z artyzmem ducha;
każdorazowo kreator określa, co zacne urodą i ważne w utworze,
jednakże odbiorca ma prawo optykę tę zmienić,
innym wartościom przyznać priorytety.

Kreować zjawiska i dzieła powabne,
szczególnie z niczego, z rzeczy przeciętnych lub po prostu brzydkich,
znaczy rzucać uroki, oddawać się magii. Twórczość artystyczna
to ezoteryczne wyzwalanie mocy, czarnoksięski mozół.
Alchemia.
Owoce kreacji w pełnym majestacie, właściwym przybraniu
osoby wrażliwe traktują jak dobra w sposób oczywisty
przynależne zmysłom, uchwytne mackami
duszy (tylko muzykę postrzegają inaczej – jako byt ulotny,
samoistne piękno, jednocześnie środek w nie wprost prowadzący).
Notabene byt naturalny wszystek doskonały i cudny,
wszelka roślina oraz każde zwierzę,
co się neguje w niektórych przypadkach, postrzegłszy stworzenie
przez pryzmat schematów, fałszywych opinii tudzież asocjacje
z fizjognomią człowieka, podobieństwem zachowań, na przykład
niechluja i, uczciwszy uszy, chlewnej trzody, świni Sus scrofa
– pozbawieni idei zwierzęcia oglądamy jedynie karykaturę,
niekiedy buffo, swą czy sąsiada;
takoż kojarzymy ropuchę Bufo bufo, szarą, z wyglądem damy
próżnej, rozkapryszonej, bądź z chorobą skóry,
wszelako jakże rozsądnie wytłumaczyć wstręty,
jak strach ogarniający zdrowego na zmysłach człowieka
poczciwego Homo homini homo na widok tej bożej istoty
albo kątnika wiejskiego Tegenaria agrestis
czy wreszcie krzyżaka Araneus diadematus z ogrodu;
podstawą jest chyba poważniejszy związek wielowarstwowy,
metafizyczny, a dobrze ukryty, z którą to tezą współgra ważki konkret:
owych żyjątek używa się zwykle w biomedycynie
(stany zapalne, punkcje, też maseczki), by mnożyć kłopoty,
napędzać złe moce i rzucać uroki, czyli do celów racjonalnych magii.

   Gorączkę się spędza, więżąc pająka w łupince orzecha – jeżeli takiego
   nie będzie pod ręką, w skorupce jajka leghorna Gallus Gallus
   domesticus; chory ją nosi na szyi niczym świętość, szkaplerzyk,
   dopóki stawonóg szczękoczułkowiec pajęczy nie wyda tchnienia
   najmniejszego z ostatnich...
   Przy zmorze ciuciubabce ze śmiercią zaś trzeba w południe
   zakopać pod gruszą ropuchę (kto nie ma ogrodu – w piwnicy,
   ewentualnie pod łożem boleści w słusznej grudzie ziemi).
   Płaz ma się kąpać w moczu chorego do skutku, w zamkniętym garnku
   z kamionki (na kura zapianie promotor obrzędu winien kontrolować
   wymyk wahadełka: gdy w prawo z pokorą – można rychtować dziękczynne
   pierogi z kapustą, gdy w lewo, niesfornie – gromnicę).

Dla sprawców katuszy niemrawych agonii tych stworzeń
Pan w Miłosierdziu przeznaczył nagrodę, co wzmacnia teorię,
iż kto tępi szpetność i uprawia magię,
choćby czar wytworzony, piękno z dobrem w prawdzie
dedykować chciał Bogu, też jako wyzwanie,
ten duszę Diabłu w pacht wieczny oddaje.

 

czwartek, 24 grudnia 2015
STANY LOTNE



STANY LOTNE

Mimo wysiłku, różnych środków perswazji,
mimo myśli lotnej trudno ziścić sen
o galopie po niebie w asyście obłoków.

Co do mnie, mam inne cele,
życiowe pragnienia.
Płatkami czułości, naparem z empatii
zapewniam przetrwanie
w ziemię wmarzniętym pegazom.
Spełniwszy posługę,
z dobrą wiarą oddalam się
pod boki podparty lotkami radości.
Lekko jak niebu podrzucony kamień.


wtorek, 15 grudnia 2015
OBOK ZDARZEŃ GODNIE

(...) Droga ku Górze Ojca jest inspirująca i do zapamiętania, dla mnie. Łosie, łosie, krowy, kury, kaczki, wiewiórki, komary, psy, sosny, zimy i lata - są obok, obco obok, nigdy z. Jest to temat na długi esej przynajmniej, ale ja tak opisywanej natury nie czuję, jest dla mnie niewiarygodna, nie istnieje... Po prostu - mam inaczej...

 

Dominik Stanisławski, esq.

 

 

   Pragnę podziękować Dominikowi za powyższą wypowiedź.  Zainspirowała mnie do napisania poniższego tekstu. Dedykuję go oczywiście, z pozdrowieniami, Szanownemu Inspiratorowi:)

 

 

OBOK ZDARZEŃ GODNIE


Tuż obok,
po oku, zmienna perspektywa,
nowe horyzonty. Opodal, omalże na dotyk,
swobodnie, bez osłon potomstwo swe mnoży,
snuje wątki w mroku i zakątkach jawy przyroda:
wiatr kitę wiewiórki splótł z brzozą w warkoczyk,
z entuzjazmu charczy zwierz śmigły – zdziczały
w krtań sarny kły wpiwszy, zgłębia los ofiary,
której gra w spektaklu obrazuje umiar
– dochodzą z gęstwiny chichoty widowni,
toż blisko epilog.
W ogóle aktywna ta trzpiotka natura.
Szeleści gałęźmi, kołysze pień biodrem,
z ognistą fantazją do ziemi się łasząc,
śle miłość listowiem, dobiera korale, zjawisko
wyjątek na drodze życiowej – trop prosty,
miarowy, nizany na powróz, sznur wierszem samopas;
którego kreator, heros pierwszych planów, szczególnego sortu
artysta poeta, wędruje na Parnas wzdłuż skraju kosmosu.

Nastąpił skłon sarny. Nagrodą oklaski.
Historia krąg toczy znów syta aplauzu.

 

 

środa, 09 grudnia 2015
PIÓRODUCH Z PIĘKNOPUSZEM



„Masz pan pożyczyć zeta na piwo?”
Hamlet


PIÓRODUCH Z PIĘKNOPUSZEM


(wolny przykład z Peipera)

 

Monsieur Peiper, parlez-vous Français? Czy ma pan pióropusz?
Pięknoduch Pióropusz Le panache Koturny Moderny Nokturny
Viva art pour l`art pour l`art pauvre! Wiwat sztuka dla sztuki!
Zawroty głów Głowy powroty nawrotem wywrotem odwroty
Sztukami w abdomen Chrup charaktery Łup kołowrotem
Sztuka dla sztuki humbugiem bajery łatwizna tandeta
Poprawność mów trawy przez łąkę na skróty
Sztukatęcz fałsze Bzdurzenie pud nudy
Sztukdlasztuk artbełkot fartefakt
Pod alustrzech szkłochrom
Sztukbeton katomba
Sztuka hekamłotka
Smutku objaw w lustrze
Trututu szutka tam tu a tu tamto
Martwota O w lustrze bojętność kant du da
Trupytu by potłuc To skró tu to tam tam


 

środa, 02 grudnia 2015
NAPISZ



NAPISZ

że kocham że lubię
że nie dbam a muszę
żartuję
że jakoś to leci
a leci dzień po dniu
przez kwartet pór roku
treść grana bez fałszu nadziei
że nie potrzebuję zalotów
i lukru ozdóbek koturnów
że nie chcę niczego
po cichu i w ciemno
i
że naturę ogromnie szanuję
że strach tylko czuję przed burzą która
wichurą
ogniem
piorunem
już zdąża po mnie

 


piątek, 27 listopada 2015
WSPOMNIENIE ŁĄKI

 



WSPOMNIENIE ŁĄKI


Spłoniony
rumieńcem po łące się
toczę powolnym dość cieniem
by oddać nareszcie klucz ptakom
przestrzeni z poręczeń słonecznych
mnie obręcz gasnącą chce księżyc
wziąć w oczy na świetną
wieczerzę sen
mroczny

 

wtorek, 17 listopada 2015
ORFEUSZ I EURYDYKA



    ORFEUSZ I EURYDYKA

    Jesienne myślobranie z Georgem Lukácsem



    Novalis: poeta przejmuje etykę własnej poezji.
Friedrich Schegel zaś, też romantyk jenajski, językoznawca oraz
filozof, na ścianie poglądów swych pisał (w dzień jasny, jawnie!),
iż oryginalność (echt Eigenheit) istna, pierwotna,
niesztukowana, wartością moralną w sobie.
Setki przykładów są tezy podporą, że dla robotników
artystycznych działań sztuka to moralność. Cała pryncypium – i tło,
i motyw, spiritus movens...  dźwignia i motor... faktory wszystkie...
determinanta. Godna, bo święta droga na życie. Cel życia. Cel
życia po życiu. Moralna twarz świata, a w kleszczach zwątpienia
złuda i maska, geszeft w oszustwie
(dla hochsztaplerów kreacji, jakich tysiące, moralność sztuką).

    Malarze, poeci, kompozytorzy to dumny, porywczy, kruszący mury,
gdziekolwiek one, pokorny, wybrany moralny (sic!)
naród TĘSKNOTY.

    Tęsknota...
Świadectwo morale artysty, potwierdzająca go siła.
Debet uparty w rachunku sumienia.
Potęga, co formy rozrywa.

    Tęsknota...
Można wyrażać ją tylko przez serce, nie chłodnym rozumem,
i myślą schludną. Rozprawiać o niej wygodnie, przyjemnie
w trakcie biesiady, gdy pas czerwony, a za nim broń sieczna,
lecz amorficzność uczucia, melanż informel ducha artysty
to problem poważny architektoniczny, technik budowlanych
– przekształca się stale w inną formę wyższą,
niemierzalną wieżę hen, niebotyczną, wnet z oczu ginącą,
w jedyny możliwy rys jej istoty, jakim obiekt sztuki.

    Tęsknota...
Zasadnie atoli postawić pytanie też formułowane przez Friedricha
Nietzschego: brak formy wskazuje na siłę pragnienia czy prędzej
na miękisz woli, wewnętrzną anemię, charłactwo, spraw finał
niedoszły i, wreszcie, nieszczerość? …Milcząca pozerka
tęsknota dyskretna w woalu się skrywa, dla ślepca artysty,
który formy szuka, jest przewodniczką, także po Tartarze,
    (gdzie Dante Alighieri,
    notabene niezbyt konsekwentny w kreowaniu piekła, pospołu
    z Erebem krwią duszy orfickiej chcą zgasić pragnienie)
i znakiem, że czas już krytyczny, już biją dzwony, by twarzy
przysporzyć powagi, pozorów trzeźwości, mądrości niepierwszej,
być może. Bezkresne dualne zmagania życia, by zostać poznanym
i przetrwać w ukryciu, też maską (ta sama w sobie formą tęsknoty).
Grą masek.

    Miłość tym wszystkim, czego się nie ma.

    Myśl Sokratesa, jaśniejsza i bardziej otwarta, niż ostatnie słowa
przy składaniu ofiary z koguta jednemu z herosów, Asklepiosowi.
Lecz słowa te były kolejną zasłoną. Gdy po raz pierwszy w swym
życiu zamilknął – wypiwszy bez smaku cykutę z pucharu – otulił
się płaszczem. Nikt ujrzeć nie zdołał odmienionej twarzy;
sam z sobą pozostał bez maski.

    Trawestując słowa Rumiego: "Gdzieś poza tezami o dobrych,
    złych czynach miłości znajduje się pole tęsknoty” i Terencjusza:
    "Im marniejsza nadzieja, tym silniejsza tęsknota i mocniejsza
    miłość", dodam: "Wielka tęsknota to czas agonii małej miłości".

    Coś w wielkim kochaniu, miłującym nad siebie, wznoszącym się
niczym tęsknota za pułap najwyższy, z ascezy.
Miłość Sokrates przekształcił w konstrukt, szczytem
którego, co nieosiągalne – najwyższy cel marzeń i pasji:
ogląd intelektualny.

    Dla tego konfliktu fundamentalnego tęsknota
myśliciela nabrała wobec życia poloru: miłość, typowa jej forma
zjawiskowa, czar, zmieniła się w ładu część, w zwornik, wątek
egzegezy świata, symbol jego zwartości, kohezji;
Eros logosem.

    Wzlot sokratejski niedany artystom. Im godzi się schować
za sztuką, która myśli odbiciem, a nie myślą czystą.
Cel twórczych tęsknot ma swoją wagę i życie sekretne,
w nim siebie pragnie. Wzlot artystyczny klęską, koszmarem
– los i bohater (oraz los-bohater) chodzą za formą; na ustach
canzona o słowach jak maski.



poniedziałek, 09 listopada 2015
HERMENE UTYKA NA ŁĄCE ARTYZMU

 

 

HERMENE UTYKA NA ŁĄCE ARTYZMU

Transpozycja poglądów powszechnie znanych. Kaprys


„Vespa, ne pupugeris! Poetis omnia dicere licet!”
(„0so, nie żądl! Poetom wolno powiedzieć wszystko!”)

”Poeta pszczołą, co zbiera nektar z wielu kwiatów i przetwarza na własny,
niepowtarzalny miód"– Quintus Horatius Flaccus (Horacy)


Ciekawych tematu zapraszam do wglądu w artykuł profesora
  Juliusza Domańskiego „O dwu znaczeniach metafory pszczoły”
    („Philologica, litteraria, humaniora – studia i szkice z dziejów recepcji
      dziedzictwa antycznego”; Fundacja Uniwersytetu Warszawskiego 2009).
        Zaczęło się od Homerowej „mowie słodszej od miodu”
          i Hezjoda „słodyczy głosu”; jeszcze u Pindara „najpiękniejszy
          hymnów kwiat jak pszczoła to tu, to tam przeskakuje myślą”
        drugi człon porównania nie poetą, a jego utworem.
      Dopiero Arystofanes zauważył udział twórcy w miodnym rytuale,
    a Lukrecjusz z Seneką jedynie ku chwale kwietnej łąki pospołu
  utrwalili pogląd, że artysta jest ważny, miodem, szczerym miodem
kark posmarowawszy, krzyż dali mu w drogę.

   
W dialogach „Ion” oraz „Państwo” Platon, a w „Poetyce”
Arystoteles opisali zasadę mimesis
– twórczego, zmieniającego świat naśladownictwa natury
lub dzieł mistrzów, którym się szczytna ta misja powiodła.

Dobro i prawda, za nimi w ślad piękno
(etyczno-estetyczny paradygmat grecki),
za których przyczyną kamienie przydrożne i źródła pierwotne,
zdobią
 nie tylko
  myślowe
   konstrukcje
(też takie obiekty jak manufaktury, fabryki, salony
potrzeby, więzienia, piekielne garkuchnie),
których koloryt i wystrój męczące, charakter niejasny, nietrwały,
śmiertelny bez trudu się zmienia w antynomię własną,
lecz
 także
  cmentarze
  ze sztuką współczesną,
gmaszyska bez reguł konkretnych, czytelnych kryteriów,
    a z mnóstwem okienek, wejść, szyldów, tabliczek,
    bek grochu z kapustą, skrzyń z mydłem, powidłem,
kto windą z pilotem, ciceronem, kto pieszo na ślepo
    w szybach klatek schodowych, w gąszczu pięter, półpięter,
    w wątpiach kuluarów, amfilad, krużganków, ślepych korytarzy,
    w strychów labiryncie, w chaosie poddaszy i lochów pajęczych,
    i macek piwnicznych, chwytliwych katakumb, w pazurach strachu
    przed błędem, blamażem, niezrozumieniem,
     tu nisze, zakamarki z szafami
      tam półki, szuflady i schowki, sejfy,
       nuty, rzeźby, obrazy, ryciny i księgi, warsztaty alchemii, alkowy,
        a w nich kościotrupy proszące wpółżywych o miłość i uśmiech.
Mimo chimer tendencji, mód, stylów, kierunków obecność kanonu
tu już wspomnianego, czy wymuszona, czy z wolnego wyboru,
jest zaiste trwała.

Posługa wartościom niesie profity autorowi w postaci kompletnych,
skończonych utworów (acz artyzm przekracza granice; piękno to
wolność), ambrozję. Skutkuje rozrostem królestwa penetrowanego
przez mistrza (oraz dzieł adresata), czutego zmysłami i duchowego,
ot, przykład entropii ogarniania sztuki, wbrew chęciom zasadniczej
niemocy w kwestii dokonania precyzyjnej oceny. Do istoty twórczości
wszak należy odczucie, że na wici moralne, wyzwania (zobowiązania
wobec kanonu) odpowiadając realizacją, artysta nadaje sens trwaniu,
a nawet wieczności swej pracy.
Paradoksalnie w sztuce dobro i prawda, i piękno (także niezbędne
wolność i konieczność), które same w sobie nie istnieją wcale,
ziszczają się dopiero w inwencji, ogniu emocjonalnym autora,
odbiorcy, są ich kreacją; zakodowane w dziele jako pryncypia
ontologiczne nie są atoli mamidłem kaprysu.

Talizman artysty,
 znak wiary wiszący na taśmie utkanej palcami Episteme, Wiedzy;
  jej klasę, majestat przedstawia rzeźba w efeskiej Bibliotece
   (mauzoleum) Celsusa; inne alegorie to Mądrość, Sofia, Cnota,
    Areté, jak też Myśl, Ennoia), na przekór namowom i drwinom,
   zaklęciom („Anything goes!”) szalbierza nauki P. Feyerabenda,
  sprawcy moralnego ongiś wystawionych na pokaz w Austrii
 fekaliów jakiegoś żądnego rozgłosu konceptualisty (pecunia non
olet), wciąż skrywa moc wyzwolicielską, siłę argumentów za nowym
mozołem. Wskazuje artyście interpretacyjne tropy i ścieżki do miejsca,
gdzie kamień snadź solipsystyczny, zauważyć go problem,
gdzie łąka, w kwietności tkwi żagiew prymarnej energii,
gdzie bije krynica od serca,
gdzie piękna sztuk czeka stęskniona Hermene

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41